107,6 FM

Agencja ochrony dzieci

Samotny mężczyzna otoczony kobietami? Świecki założyciel żeńskiego zgromadzenia? Przecież to niezwykle podejrzane! – kręcili głowami „życzliwi”. Nie przejmował się tym. „Ja nic nie znaczę, Bóg kieruje wszystkim” – powtarzał.

Dziecko do zdrowia przywrócone cudem. To o Mickiewiczu? Nie tylko. Podobnie mógł powiedzieć o sobie Edmund Bojanowski. Urodził się 14 listopada 1814 roku w małej wiosce – Grabonogu, w rodzinie szlacheckiej. Był wątłego zdrowia. Jako czteroletni brzdąc śmiertelnie zachorował. Lekarze bezradne rozkładali ręce, nie dając chłopcu większych szans na przeżycie. Matka zaniosła synka pod obraz Matki Bożej Bolesnej do odległej od domu o zaledwie 3 kilometry Świętej Góry w Gostyniu. Edmund został cudownie uzdrowiony. Jako wotum rodzina ofiarowała kościołowi srebrne Oko Opatrzności W domu pielęgnowano polskie tradycje. Ojciec Edmunda Walenty był uczestnikiem powstania listopadowego. Został za to ukarany przez rząd konfiskatą rodowego majątku. Edmund, wszechstronnie uzdol- niony, wykształcony na uniwersytetach we Wrocławiu i Berlinie (filozofia, historia sztuki, muzyka, psychologia, poezja i logika) przez całe życie zmagał się z kruchością swego zdrowia. To ona uniemożliwiła mu dokończenie studiów berlińskich. Poważna choroba płuc zmusiła go do powrotu do domu. Największą jego pasją stała się literatura. Z wypiekami na twarzy pochłaniał książki, sam zaczął publikować sporo tekstów. Rzucił się w wir pisania. Pisał o polskich zabytkach, tłumaczył na polski serbskie i czeskie wiersze, a także „Manfreda” Byrona. I wówczas wykonał desperacki krok. Zamiast „inwestować w siebie” i błyszczeć na literackich salonach, skierował wzrok w stronę najuboższych. W stronę tych, o których nie rozmawiało się przy kawiarnianych stolikach, o których nie wypadało wspominać w towarzystwie. Przecież zawsze byli. Głodni, zawszeni, niedouczeni… Bardzo w tym geście przypomina innego artystę – tworzącego w zaborze austriackim malarza Adama Chmielowskiego.

Bieda aż piszczy

Bojanowski zaczął tworzyć biblioteki i czytelnie ludowe w wielkopolskich wsiach i miasteczkach. To była prawdziwa kulturalna rewolucja! Zdawał sobie sprawę, że rozorana przez zaborców Polska ma szanse odrodzić się przede wszystkim przez religijne wychowanie dzieci i podniesienie poziomu duchowego najliczniejszej warstwy społeczeństwa. Szybko zorientował się, jak bardzo zaniedbane są wiejskie dzieci. Punktem przełomowym w życiu młodego Edmunda był wybuch epidemii cholery, która w 1849 roku spadła na Wielkopolskę, doprowadzając ludność wiejską do nieopisanej nędzy. Przyniosła śmiertelny plon. Pozostawiła wielką liczbę osieroconych dzieci. Bojanowski z narażeniem życia dniem i nocą w swym mieszkaniu pielęgnował chorych, przygotowywał leki. Okrzyknięto go po latach „drugim Wincentym à Paulo” Wiedział już, czemu poświęci dalsze lata życia…

Jak dzieci…

3 maja 1850 r. to ważna data w biografii Bojanowskiego. W Podrzeczu k. Grabonoga Edmund utworzył pierwszą na ziemiach Wielkiego Księstwa Poznańskiego ochronkę wiejską. Trzy opiekunki, które zaangażował do pracy w ochronce, dały początek… Zgromadzeniu Służebniczek Bogarodzicy Dziewicy Niepokalanie Poczętej. Dębica. Dwa różne domy tego samego zgromadzenia. Dwa kompletnie inne światy. Ulica Edmunda Bojanowskiego 8. Dom generalny dębickich służebniczek (mieszka w nim 40 sióstr). Cisza, spokój. Zza uchylonych drzwi kaplicy dobiega spokojny, pełen oddechu śpiew psalmów. Dom macierzysty przy ulicy Krakowskiej 15. Gwar, hałas, żarty, wierszyki, piosenki. Edmund Bojanowski łagodnie, lecz stanowczo patrzy zza krągłych szkieł na pluszowe misie i dzieci biegające obok „kącika patriotycznego”. Spogląda na Muminki leżące obok książeczki o Chopinie, piłeczek i Biblii. Siostry prowadzą tu ochronkę (codziennie bawi się w niej 80 dzieci) i świetlicę (tu przychodzi druga osiemdziesiątka). Ziewające maluchy skończyły właśnie leżakowanie i kleją się do sióstr. „Od dzieci trzeba zacząć odrodzenie ludzkości” – powtarzał Bojanowski. Program wychowania przedszkolnego, który opracował, został zaakceptowany przez MEN i jest zgodny z podstawą programową! – opowiadają służebniczki. – Dlaczego? Bo Edmund Bojanowski nie był teoretykiem, lecz wielkim praktykiem. Uwzględniał to, że dziecko nie potrafi na długo skupić uwagi, i zalecał, by „poważne” lekcje przeplatać gimnastyką i śpiewem. W ruch poszły śpiewniki pieśni ludowych, które gromadził przez lata. – On szlachcic, ziemianin, potrafił bawić się dziećmi w „zielone” – opowiada matka generalna zgromadzenia Maksymilla Pliszka. – „Ja nic nie znaczę, Bóg kieruje wszystkim” – to nie była jedynie dewiza, ale styl jego życia! Był niezwykle bystrym obserwatorem rzeczywistości. Świetnie zdawał sobie sprawę, że z problemami, z jakimi zmagają się dzieci wiejskie, uporają się jedynie opiekunki pochodzące ze wsi. Czuł podskórnie, że tylko one są w stanie zrozumieć dzieci wychowane na wsi. W swych niezwykle śmiałych socjalnych projektach wyprzedził epokę. W czasach, gdy nie słyszano o ochronkach dla ubogich sierot, do głębi przejął się losem pokrzywdzonych dzieci. Ochronka miała być domem dla dzieci pozostających bez opieki. Miała pomóc rodzicom pracującym „u panów na dworze” w wychowaniu dzieci. Dzieło pedagogiczne Bojanowski oparł na Kościele, nie na państwie. Ochronki tworzył na wzór rodziny, doceniał wielką rolę zabaw w procesie wychowania, wykorzystywał bogate tradycje polskiej wsi. Sam znakomicie czuł się wśród najmłodszych. Dzieci za nim przepadały. Wyczuwały jego życzliwość i miłość i nazywały go tatą.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama