107,6 FM

Węgierskim tropem

Dotąd PiS-em straszono wyborców. Ale tak na serio rządów tej partii powinni się bać głównie bankowcy i zagraniczne sieci handlowe.

Działania ukierunkowane na podatkowe zdyscyplinowanie sieci handlowych trudno uznać za pozbawione sensu, choć portal Instytutu Obywatelskiego (pracującego dla PO) przekonuje, że „stwierdzenie, iż hipermarkety unikają płacenia podatków, jest mitem”. Tymczasem prawda (a nie mit) jest taka, że choć na ok. 350 tys. sklepów działających dziś w Polsce tych wielkopowierzchniowych jest zaledwie kilkanaście tysięcy, to zgarniają one aż dwie trzecie pieniędzy wydawanych na domowe zakupy, notując przychody rzędu 150 mld zł rocznie. Mają pod kontrolą 40 proc. rynku, a podatki od zysków praktycznie płaci tylko „Biedronka” (302 mln zł w 2013 r.). Nie robią tego „Kaufland” czy „Lidl”, mimo że korzystają z pomocy Banku Światowego oraz Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju, które pożyczyły niemieckim sieciom handlowym 900 mln dolarów „w celu zapewnienia taniej żywności” krajom postkomunistycznym. Pieniądze są publiczne i powinny iść także na wsparcie małych gospodarstw i drobnych przedsiębiorców przez zapewnienie im dostępu do nowych rynków zbytu. W rzeczywistości służą wielkim sieciom do niszczenia lokalnej konkurencji. Sprawę nagłośniła niedawno Claire Provost, dziennikarka śledcza „Guardiana”. Zdaniem Cezarego Kazimierczaka ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców istnieje dziś w Polsce olbrzymia nierównowaga w płaceniu podatków, bo nasze firmy rodzinne oddają państwu przeciętnie 1,7 proc. swoich przychodów, a wielkie korporacje trzy razy mniej.

To był błąd

Elżbieta Mączyńska propozycję obłożenia wszystkich hipermarketów podatkiem obrotowym uznała za słuszną i potrzebną. „Skoro dochody mogą być coraz bardziej znikającym punktem, trzeba się zastanowić nad opodatkowaniem tego, co widać i czego nie można ukryć. A tym, czego nie można ukryć w hipermarketach, są obroty” – argumentowała w rozmowie z PAP. Podatek dotknie wszystkich handlowców, także polskie sieci, ale… nie w tym samym stopniu. Paweł Szałamacha zapowiada, że będzie to instrument elastyczny i progresywny. Im większa sieć i większe obroty, tym wyższa stawka. Nie przekroczy ona jednak 1 procenta. Dla małych sieci wyniesie jego ułamek. – Chcemy w ten sposób wyrównać reguły gry na rynku – deklaruje poseł PiS. Nie będzie to łatwe, bo portugalska „Biedronka”, francuski „Auchan”, brytyjskie „Tesco” czy niemiecki „Lidl” są już obecne w najatrakcyjniejszych punktach miast. Konkurencja została tam w pień wycięta wraz z dostawcami. „Takie usytuowanie hipermarketów to wielki, kosztowny społecznie błąd. W jego wyniku biznesowo wymierają całe miejscowości i ulice w miastach. Negatywnie rzutuje to na rynek pracy. Zupełnie inaczej postępują Niemcy, dbając o harmonijny rozwój gospodarki, w tym rozwój małych i średnich przedsiębiorstw” – ubolewa szefowa Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. Nie wiadomo jeszcze, jak wiele węgierskich rozwiązań PiS będzie chciało przeszczepić na polski grunt. Ciekawym pomysłem był na przykład zakaz handlu wielkopowierzchniowego wokół zabytków czy specjalny podatek od reklamy. Gilotynę 50-procentowej daniny od jej kosztów włącza się na Węgrzech po przekroczeniu odpowiednio wysokiej kwoty zysku osiągniętego w wyniku kampanii prowadzonej w mediach i przestrzeni publicznej. Przepis nie określa branży, ale w praktyce uderza w wielkie sieci, bo to one celują w agresywnej reklamie. I pewnie w najbliższych miesiącach wykorzystają i ten instrument, by przestraszyć Polaków nadchodzącymi rządami PiS-u.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama