107,6 FM

Co do grosza!

Katolicy na ulicy. "Przyjąć Jezusa jako swojego Pana i Zbawiciela czy nie przyjąć?" - zastanawiał się ich rozmówca. A z głośników na festynie wybrzmiewał wers discopolowej piosenki: "Przyjmij mnie, nie wahaj się!".

Dominik i Ania Chwolikowie, młodzi małżonkowie z Katowic, rodzice 2-letniej Anastazji i 4-letniego Franka, mimo że mają mieszkanie, samochód i rodzinę, często lądują na ulicy. Na Stawowej w Katowicach mówią ludziom o Bogu. Są z Diakonii Ewangelizacji Ruchu Światło–Życie Archidiecezji Katowickiej.

Targam i wyrzucam do kosza

Pewnego razu Dominik o ewangelizacji miał mówić oazowiczom przeżywającym rekolekcje w Ustroniu. – Przychodzimy na dworzec w Katowicach, okazuje się, jak to w Polsce, że pociąg ma opóźnienie. Przyjedzie godzinę później – opowiada.

Przed świadectwem w Ustroniu planowali tam ewangelizację na ulicy. – Mówię: „Co za problem: Ustroń czy Katowice? Idziemy!”. Ewangelizujemy i pod koniec spotykamy dwie osoby. Para, górale, oni są charakterni, sami nas zaczepili – obrazuje, wyjaśniając, że tego dnia o Jezusie rozmawiali ubrani w koszulki z ich ewangelizacyjnym hasłem: „Katolicy na ulicy!”.

Góral nie był przyjaźnie nastawiony, opowiedział im o swoich żalach względem Boga, wspomniał o rodzinnych tragediach.

– I co masz takiemu człowiekowi powiedzieć: „Bóg Cię kocha”? Ale wysłuchaliśmy go i zaczynam mu mówić właśnie o Bożej miłości. Nie daję gotowych odpowiedzi. Zaczyna się otwierać, słuchać, zadawać pytania. Mało tego, na koniec przyjmują Jezusa [jako osobistego Pana i Zbawiciela – przyp. J.J.] i gość mówi, że będzie szukał wspólnoty! – wyjaśnia Dominik, dodając, że to wcale nie jest koniec tej historii.

– Patrzę na zegarek, mamy jeszcze czas do opóźnienia pociągu, ale wracamy. A tam okazuje się, że opóźnienie pociągu uległo zmianie, ale… w drugą stronę. I pociąg zamiast po godzinie, pojechał po 20 minutach. Trochę się zdenerwowałem i mówię: „Co robić? Dobra, idziemy do kasy po reklamację”. Kobieta mnie ofukała, że bilet kupiony był przez internet, generalnie nieprzyjemna rozmowa. Idziemy na busa i zastanawiamy się: składać tę reklamację, nie składać… Byłem z dwoma czy trzema osobami. Mówię: „Ufamy Panu Jezusowi, czy nie?” – Ufamy. „Czy gdybyśmy wiedzieli, że nie zdążymy na ten pociąg, to ewangelizowalibyśmy tamte osoby?” – Tak. „No to targam bilet i wyrzucam do kosza”. Przyjechaliśmy na miejsce. Głosiliśmy konferencję i stała się niesamowita rzecz. Za to głoszenie dostaliśmy ofiarę. Potem musieliśmy wykupić bilet i została reszta. Wiesz, ile wynosiła? Dokładnie tyle, ile podarłem. Co do grosza! Tak działa Pan Bóg – opowiada z zachwytem w oczach.

Ania szczególnie zapamiętała pana Jana spotkanego przez nich w grudniu 2014 r.– Kończyliśmy ewangelizację, ale podeszliśmy jeszcze do takiego mężczyzny, który nie bardzo chciał z nami rozmawiać. Potem, gdy zapytaliśmy, czy możemy się z nim pomodlić, to się otworzył i rozpłakał. Zaczął opowiadać nam historię swojego życia. Okazało się, że mieszka w tej samej dzielnicy co my. Wymieniliśmy się numerami telefonów, nawiązaliśmy kontakt. To było w Adwencie, więc pomyśleliśmy, że na święta damy mu jakieś pierniczki, Dominik pojechał do niego z opłatkiem – mówi.

Odwiedził go także tuż przed Wielkanocą. Zaczęli się modlić. I Jezus skierował do niego słowa: „Synu, wróć do mnie”. Pojechali do spowiedzi. Pan Jan po 50 latach pojednał się z Bogiem. Potem na święta Dominik, który jest także szafarzem, udzielał mu Komunii. Małżonkowie cały czas są z nim w kontakcie.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama