107,6 FM

Wielkie uszy świętych

O tym, które filmy naprawdę opowiadają o Jezusie, i o rozważaniu słowa w Wielkim Poście z kompozytorem Michałem Lorencem rozmawia Jakub Jałowiczor.

Jakub Jałowiczor: Jakie ma Pan postanowienia na ten Wielki Post?

Michał Lorenz: Wszystkie moje zobowiązania przedstawię, jeśli ich dotrzymam, może więc opowiem o poprzednich. Z reguły odcinam się od informacji, wiadomości, od radia, internetu, od zbędnych telefonów, a telewizora i tak nie mam. Po kilku dniach okazuje się, że wyciszona rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej niż w hałasie mediów, że głos Jonasza w Niniwie jest głośniejszy i bardziej czytelny. Słychać wtedy wyraźniej to, co mam usłyszeć. Medialny hałas ten głos zniekształca albo zagłusza. Jednak i to nie jest reguła. Bywa i tak, że prawdy o sobie można się dowiedzieć z rysy na ścianie, gestu żony czy z listu gończego.

W czasie ostatniego Adwentu usłyszał Pan ten głos?

Adwent, podobnie jak post, jest czasem wyjątkowym, świętym dla wszelkiego stworzenia. Odczytanie tej szczególnej rzeczywistości nie jest sprawą mojej woli, tylko konkretnego faktu, który się dzieje, a który mogę przeoczyć. Nie znoszę być upokarzany, więc reaguję agresją. Dopiero potem jest mi przykro i widzę, że to upokorzenie miało swoje znaczenie.

Jak w takim razie będzie wyglądał Pana Wielki Post?

Codziennie budzę się wcześnie rano i przypominam słowa psalmu: „budzą się moje oczy jeszcze przed świtem, aby rozważać Twoje słowo”. I widzę, że ten psalm jest częścią mojego życia. Słowa dokładnie oddają stan, w jakim jestem.

Jest Pan gotów przyjąć to słowo, cokolwiek Pan Bóg powie?

Rozważać tak, trudniej przyjąć. Widzę, że te psalmy są przygotowane dokładnie na ten dzień, na codzienny poranny strach przed dniem. To są słowa, które pokazują, że to nie ja jestem powodem grawitacji świata, tylko jego maleńką cząstką, znoszoną nie wiadomo dlaczego przez Opatrzność do tej pory.

Zastanawia się Pan, dlaczego Opatrzność Pana znosi od 60 lat?

To jest oczywiście rodzaj kokieterii z mojej strony, ale i podobieństwo do tego, co Żydzi robią pod Ścianą Płaczu: modlą się, krzyczą do swojego Ojca. Przez ten jęk, który wydałem z siebie przed chwilą, mówię: zaprawdę święty jesteś, Boże, że nas tu gromadzisz.

Po co są upokorzenia, umartwienia? Czemu Bóg wymyślił akurat taki sposób zbawienia, który kosztował życie Jego Syna?

Codziennie o tym myślę. Jest dla mnie nie do przyjęcia to, że Jezus umarł za moje grzechy. Nie potrafię sam sobie wybaczyć, więc jeszcze trudniej jest mi przyjąć, że Bóg mi wybacza przez krew Jezusa Chrystusa. Lecz jeśli krew naprawdę została rozlana i naprawdę Jezus Chrystus umarł za moje grzechy, to nie ma lepszej wiadomości. Nie ma lepszej nowiny.

Pamięta Pan moment, kiedy usłyszał ją Pan po raz pierwszy?

Tak, to było bardzo trudne przeżycie. Przedtem cała duchowość chrześcijańska była dla mnie rodzajem formułek. Była religią. Nagle dzięki tej wiadomości, że Jezus umarł za moje grzechy, dotarło do mnie, że chrześcijaństwo jest faktem, a nie religią.

Czyli nie polega na tym, że to Pan próbuje nawiązać relację z Bogiem i coś Mu dać, żeby coś dostać?

Oczywiście praktykuję takie pogańskie zachowania. (śmiech) Natomiast niezwykły wymiar duchowy chrześcijaństwa, o którym nie powiem nic, bo to wykracza poza zakres językowych pojęć, jest dla mnie wielką ulgą i pomocą w porządkowaniu świata. Siebie w tym świecie. Ja cały czas mówię o swoim własnym punkcie widzenia. Nie próbuję nikogo przekonać, że jest tak lub inaczej. To wszystko są moje doświadczenia i dotyczą tylko mnie.

Czy chrześcijaństwo – takie, które nie jest religią, tylko wydarzeniem – zostało kiedykolwiek pokazane w kinie?

Naprawdę nie wiem, czym jest chrześcijaństwo, a czym nie jest chrześcijaństwo… Głęboko przenikająca rzeczywistość… No właśnie, brakuje słów. W każdym razie nie umiem dzielić filmów na religijne i niereligijne, ale na takie, które mnie poruszają, i takie, które tego nie robią. Mam niestety bardzo trudne relacje z tzw. filmem religijnym. „Pasja” Gibsona dla wielu ludzi jest wielkim wydarzeniem czy też momentem nawrócenia. Może tak być. Ale kiedy zobaczyłem ten film, miałem trudności z powrotem do Kościoła ze względu na – moim zdaniem – skandaliczny obraz postaci Barabasza, który był tu małym, garbatym, kulawym żydowskim plugastwem. Rzeczywistość historyczna mówi, że był wojownikiem, twórcą powstania w Górnym Mieście, skazanym na śmierć za to powstanie. Izrael był pod okupacją, Żydzi interesowali się głównie wyzwoleniem swojego kraju. Dlatego chcieli uwolnienia Barabasza. Wydaje mi się, że ta scena relacje chrześcijańsko-żydowskie cofnęła o lata, jeśli nie dziesięciolecia.

Film wywoływał protesty, ale ja wtedy miałem wrażenie, że krzyż jest zawsze zgorszeniem. Nawet wtedy, kiedy widzimy go na ekranie.

Jest zgorszeniem, jeśli widzimy go w naszym życiu. Jeśli widzimy, że naprawdę własnym postępowaniem zasługujemy na śmierć, kiedy zbliżamy się do światła, które razi prawdą, gorszymy się sobą, krzyżem. Bardzo trudno przyjąć przebaczenie na nie własnych warunkach, schylić dumny łeb. A czy krzyż jest zgorszeniem dla innych, np. dla środowisk lewicowych, agnostycznych, nie mam pojęcia. Wiem, że lewicowe środowiska i ten cały świat mogą być zbawione przez Jezusa Chrystusa. Jeśli pyta pan o filmy, większość opowiada o Jezusie, historii zbawienia i Ewangeliach i bardzo rzadko to zauważamy. Jak przez pryzmat naszej duchowości rozumiemy świat zewnętrzny, to temat na osobną długą rozmowę. Można kupując zapałki w sklepie, przeżyć wielkie mistyczne doświadczenie i zapamiętać rozmowę ze sprzedawcą jako najważniejszą w życiu. I można tysiąc razy iść do kościoła i nie zapamiętać nic. Na wielu ikonach prawosławnych święci mają wielkie uszy. Dlatego, że słyszą. Kto ma uszy, niechaj słucha. Jeśli się buntujemy przeciwko tak zwanej niemoralnej kinematografii czy sztuce, to naprawdę jest problem w nas, a nie w tej sztuce.

Współczesna sztuka nie odchodzi od Boga? Trudno tak nie pomyśleć, kiedy się spojrzy na to, co jest wystawiane w Zachęcie czy w Centrum Sztuki Współczesnej…

Bywa, że doświadczamy zgorszenia, ale pamiętajmy, że prowokacja artystyczna może być aktem manifestacji własnej bezradności, bólu, samotności obliczonej na wywołanie w nas wstydu, a więc sama ten wstyd głęboko rozumie. Jeśli więc nasze przepowiadanie Ewangelii jest tak wątłe, a nasze życie marne i wcale nie święte, dlaczego przyznajemy sobie prawo do pogardy, a nie raczej do współczucia.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama