Banalność zła

dodane 13.03.2018 09:25

Krzysztof Łęcki

Habent sua fata libelli – wiedzieli już o tym starożytni Rzymianie. Tak, tak, i książki mają swoje losy… Niektórym zdarzają się nawet losy doprawdy niezwykłe. Z całą pewnością to, co działo się po publikacji studium Hannah Arendt, [zatytułowanym] „Eichmann w Jerozolimie.

Banalność zła   Roman Koszowskii /Foto Gość Krzysztof Łęcki

Rzecz o banalności zła” mogłoby stać się inspiracją do filmu prawie-że sensacyjnego. Zresztą, co ja mówię – mogłoby… Wszak świetny film Margarethe von Trotty zatytułowany „Hannah Arendt” powstał przecież nie na kanwie całej biografii wielkiej myślicielki, jest kinową opowieścią tylko i wyłącznie o sensacyjnych kontekstach prawdziwej afery jaką stała się publikacja książki Arendt o Eichmannie. Kto ciekaw szczegółów zajrzy do biografii Arendt autorstwa Laure Adler [Laure Adler, „Śladami Hannah Arendt”, Twój Styl Warszawa 2008], tym którzy nie mają czasu na lekturę polecam  film von Trotty. Tak, studium „Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła” opisujące proces hitlerowskiego funkcjonariusza Holocaustu powstawało przed ponad pół wiekiem w niezwykle gorącej atmosferze – okazuje się, że przypominanie książki Arendt dzisiaj też nie jest wspominaniem „niegdysiejszych śniegów”. Ciągle wszak pojawiają się polemiki z przedstawionymi przez  Arendt tezami – prezentuje je chociażby tom [zatytułowany] „Proces Eichmanna” autorstwa Deborah Lipstadt [Wielka Litera, Warszawa 2012]  który wpadł mi w ręce całkiem niedawno. Ale o ile głosy polemizujące z Arendt, kiedy płyną ze stron zapisanych przez badaczy Holocaustu tylko z trudem przebijają się do opinii publikowanej i publicznej, to zupełnie inaczej mają się sprawy z głosami polityków czy naukowców zaaferowanych życiem politycznym. I tak z pewnym zdziwieniem przeczytałem, że w „Super Ekspressie” profesor Paweł Śpiewak oświadczył - cytuję: „Książka Hannah Arendt jest absolutnie nieprawdziwa. Powoływanie się na kobietę, która była filozofem i nie zrobiła żadnych badań historycznych, jest kompletnym nieporozumieniem”. [Koniec cytatu]. Tak, przeczytałem tę wypowiedź ze zdziwieniem, bo z esejów autorstwa profesora Śpiewaka przebijał zwykle podziw dla snutych przez Arendt refleksji i proponowanych przez nią interpretacji.  Lakoniczna wypowiedź Śpiewaka, z której wynika, że książka Arendt jest absolutnie, podkreślam, absolutnie, nieprawdziwa, bo autorka jest tylko kobietą filozofem, która nie prowadziła żadnych badań historycznych wydaje się raczej mało przekonywująca. Otóż, po pierwsze, nie przypominam sobie, by równie kategorycznie podważał Śpiewak sens prac Jana Tomasza Grossa, które Gross, socjolog z wykształcenia, poświęcił Holocaustowi. Po drugie zaś Hannah Arendt w swej pracy o procesie Eichmanna opierała się na fundamentalnym dziele Raula Hilberga autora opasłego studium [zatytułowanego] „Zagłada europejskich Żydów”. Jak pisze biografka Arendt - Laura Adler „Hannah Arendt nie musiała w ten sposób „wykonywać tytanicznej pracy historyka; wyniki tej pracy zostały opublikowane przez Raula Hilberga po przeprowadzeniu badań, które zajęły mu siedem lat nieprzerwanej pracy”. Oczywiście interpretacje Arendt i Hilberga różniły się w kilku punktach zasadniczo, ale faktografia pozostawała ta sama. Na marginesie tych różnic warto przypomnieć opinię Adama Michnika  z jego opublikowanego w „Gazecie Wyborczej artykułu [zatytułowanego] „Żydowski problem z pamięcią. Niewygodne książki Raula Hilberga [Gazeta Wyborcza”, s. 18, 27-28 kwietnia 2013]. Pisał w nim Michnik: „Pamięć to błogosławieństwo i przekleństwo narodów o tragicznej historii. Nakazuje: mając do wyboru miłość do swego narodu lub prawdę o nim, wybieraj miłość. Raul Hilberg wybierał prawdę”. Kto ciekaw – niech po dawny tekst Michnika sięgnie. Wróćmy do sprawy „Eichmanna w Jerozolimie”. Otóż w takie samo, a w bodaj i większe osłupienie, niż kategoryczna opinia profesora Śpiewaka, wprawił mnie krótki tekst tłumacza książki o Eichmannie na język polski, Adama Szostkiewicza [„Tonący brzydko się chwyta”, „Polityka” nr 8 (3149), 21.02-27.02.2018].  Szostkiewicz najpierw zachwala studium Arendt pisząc o nim, że jest „to praca należąca do kanonu lektur akademickich, fascynująca opowieść o polityce, moralności, filozofii prawa, o możliwości wymierzania sprawiedliwej kary za zbrodnię tej skali co zagłada Żydów europejskich”, by następnie podważyć rzeczowość postawionych przez Arendt tez, bo „nie miała ona dostępu do archiwów za żelazną kurtyną”, a – dopowiada dalej Szostkiewicz – gdyby miała to „być może zrewidowałaby na ich podstawie niektóre swoje tezy”. Szostkiewicz nie pisze o jakie nowe, nieznane Arendt historyczne fakty miałoby chodzić, nie ujawnia też z jakiż to „niektórych” swoich tez Arendt „być może” by się wycofała. Trudno mi zatem  jego argumentację (?) ocenić inaczej niż jako gołosłowną. Na marginesie: nie jestem znawcą filozofii Martina Heideggera, ale musiał być doprawdy świetnym nauczycielem, skoro Hannah Arendt zawdzięcza mu – jak sama twierdziła – swoją intelektualną formację. To prawda, sformułowania z innych jej prac Arendt przywołują w mojej pamięci frazy „ciemnego filozofa”, jakim  pozostaje dla mnie, i pewnie nie tylko dla mnie, Martin Heidegger. Jest tak na przykład gdy pisze Arendt z pewną emfazą o prawdziwym rozumieniu, które  „nie nuży się nie kończącym się dialogiem i >>błędnymi kołami<<, ponieważ wierzy ono, że wyobraźnia uchwyci w końcu przynajmniej przebłysk prawdy”. Niemniej precyzja argumentacji przedstawiona przez Arendt w książce poświęconej procesowi Eichmanna zawsze budziła mój podziw. Odsłoniła ona intelektualną mieliznę prawniczej kazuistyki prokuratora Servatiusa w sposób, którego – moim zdaniem – nikt nie zdołał podważyć. Zmierzyła się tym samym z problemem jaki stanowiła zbrodnicza działalność Eichmanna. I na koniec jeszcze jedna uwaga – dwie główne prace Hannah Arendt, tzn. „Korzenie totalitaryzmu” i – właśnie – „Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła” odsądzano od czci i wiary zaliczając jednocześnie (powiadam jednocześnie - bo zdarzało się – w grę wchodzili ci sami krytycy) obie książki do kanonu humanistyki. Ciekawie byłoby zatem dowiedzieć się, co też krytycy Arendt  rozumieją przez „kanon humanistyki”, skoro zaliczają do niego prace „absolutnie nieprawdziwe”? Dotychczas mogło się wydawać, że w kanonie miejsce dla tekstów „absolutnie nieprawdziwych” jest zarezerwowane dla literatury pięknej, w szczególności dla bajek. Czy coś się zmieniło?  

«« | « | 1 | » | »»