Niebo jest jedno

dodane 23.05.2018 09:30

Ks. Piotr Brząkalik

Miniona niedziela naznaczona Zesłaniem Ducha Świętego należy z pewnością do tych kluczowych. Nie tylko, że liturgicznie zamyka czas kalendarzowej wielkanocności, nie tylko, że rozpoczyna czas Kościoła, ale jakby definitywnie pieczętuje prawdę, że czas najwyższy, żeby nas usamodzielnić, by wziąć życie wiarą naznaczone w swoje ręce. Wszystko, co było trzeba dostaliśmy, i naukę, i wyposażenie, i obietnicę tego samego, choć już nie takiego samego towarzyszenia.

Niebo jest jedno   ks. Piotr Brząkalik

Mnie jednak korci, żeby myślami mimo wszystko wrócić do niedzieli tydzień wcześniejszej naznaczonej Wniebowstąpieniem. Gdyby tak układać nasz religijno – kościelny kalendarz wedle ważności niedziel i świąt nie trudno byłoby chyba zauważyć, że Wniebowstąpienie do tych pierwszoplanowych jednak nie należy. Jest jakby w tle, na drugim planie. Jeśliby zapytać o taką ich ważnościową kolejność, to pewno mniej więcej wyglądałaby ona tak: Boże Narodzenie i Wielkanoc tak na równi, choć chyba jednak ze wskazaniem na Boże Narodzenie, Wszystkich Świętych, no może jeszcze znalazłoby się tu to Zesłanie Duch Świętego właśnie, ale Wniebowstąpienie - śmiem wątpić.

A zdaje mi się, że czas po temu, żeby tej niedzieli przywrócić należne jej miejsce i wydobyć ją z cienia i drugiego planu. Czemu?

Bo jest niedzielą kierunku, niedzielą celu, mety, finału. A jest z nią trochę tak, jak z tą kaplicą Wniebowstąpienia na Górze Oliwnej. Wybudowana w IV w. w formie równoramiennego ośmioboku bez zadaszenia, żeby wyraźnie było widać kierunek, cel, horyzont. Teraz to meczet, a jego kopuła zakrywa widok tego kierunku, celu, mety, jakby odcina od tego widoku.

To, co jednak było, czy może jest tylko jakąś architektoniczną symboliką stało się niestety rzeczywistością. Nie wiem dokładnie, od kiedy, bo pewno nie z dnia na dzień, a sukcesywnie i ponowoczesnemu niebo przestało być celem, kierunkiem, metą. Niebo zostało nam zdeprecjonowane, żeby nie powiedzieć mocniej. Daliśmy je sobie przysłonić, jak tą kopułą zasłaniającą widok horyzontu, z tym co istnieje poza…, co określane jest słowem transcendencja. Czy ktoś jeszcze pamięta takie słowo poza filozofami i teologami? 

A ponieważ nie widać go na horyzoncie odnajdujemy je pod nogami, na końcu nosa.

Czy ktoś z nas realizując swoje życie, powołanie, robiąc karierę, rozwijając się myśli o niebie, jako mecie celu, finiszu? Wiem postawiłem pytanie naiwniaka i pewno jeszcze raz zasługuje na powtórkę zdania, jakie przy okazji innego felietonu napisał o mnie jeden z moich przyjaciół: Nie żebym Cię oceniał, ale Ty to jesteś prawdziwy Dyzio Marzyciel.

Ale przecież do nieba nie inaczej, jak tylko przez ziemię właśnie. Nie ma innej drogi. I w tej perspektywie przywołam zdanie niejakiego Orygenesa sprzed jakichś 1800 lat: Jesteś niebem i idziesz do nieba.

To jesteś niebem brzmi jeszcze bardziej marzycielsko. Być niebem to przecież nierealne, niemożliwe. To byłaby jakaś nienaturalność i zdziwaczenie wręcz. A może jednak wcale nie aż tak?

Pozwolę sobie przywołać teraz na chwilę ledwo, co świętowane Zesłania Ducha Świętego. Kiedy o Nim myślimy, to oczywiście niemal z automatu stają nam przed oczami Jego siedmiorakie dary. A swoją droga potrafimy je jeszcze wymienić tak ad hoc? A ja przy tej okazji przypomnę Państwu i sobie coś jeszcze, to co św. Paweł w swoim liście do Galatów nazywa Jego owocami: owocem zaś Ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. Przeciw takim cnotom nie ma Prawa.

Jeśli owoce Ducha, tego co istnieje poza…, nie są wcale jakoś specjalnie wyszukane, bo to miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie, to chyba specjalnie nie przesadzę jeśli powiem, że bycie niebem wcale nie jest też ani niemożliwe, ani nierealne, czy dziwaczne.

Czemu więc nie jesteśmy dla siebie niebem? A nie jesteśmy i to coraz widoczniej, dotkliwiej, powszedniej. Ano dlatego, że nasz horyzont zaczyna się i kończy tuż pod nogami, na końcu nosa. I dlatego, że coraz powszechniej zastępujemy miłość nienawiścią; radość posępnością; dobroć złością; wierność zdradą; cierpliwość natychmiastowością; łagodność arogancją; opanowanie agresywnością i co więcej akceptujemy to, i godzimy się na to, i to my spod znaku namaszczenia i oświecenia Duchem. Im mniej w nas owocuje Duch, tym bardziej do głosu przychodzi diabelskość.   

A kiedy się tak przyglądam nam, naszemu życiu społecznemu, politycznemu i kościelnemu też, to odnoszę takie wrażenie, że istnieją dwie wielkie, trochę plemienne wizje i pojmowanie nieba, a w skład każdej z nich wchodzą całe plejady takich małych osobistych wizji nieba, które nie wiele, jeśli cokolwiek mają wspólnego z tym niebem, które wyznacza horyzont z tym, co poza…

Nie ma wielości, nawet dwóch tylko niebios. Niebo jest jedno i droga do niego jest też jedna i prostsza niżby się wydawało. Im więcej będzie w nas Ducha, tym mocniej będziemy nim owocować i tym bardziej też sami będziemy niebem, a jeśli nie, to diabelskości będzie coraz więcej i więcej, tak że stanie się już standardem.

Czy rzeczywiście tego chcemy?

    

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |