107,6 FM

Dotrzymujmy słowa

Jeszcze tak na dobre nie ochłonęliśmy z radości narodzin Jezusa i nie uświadomili sobie, co one przynoszą, a już stajemy oko w oko ze śmiercią Szczepana.

A jeśli dodamy jeszcze to, co wydarzyło się wcześniej, między Elżbietą a Maryją, to mamy zapowiedź wyjątkowości czasu, który przez ewangeliczne zapisy ma nam naprawdę wiele do powiedzenia. Parę dni temu usłyszeliśmy, jak to Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem (…) do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. Poszła z pośpiechem.

Każde spodziewanie się, każde oczekiwanie niesie niepokój, niepewność, lęk, czasem i poczucie opuszczenia. Naturalna wrażliwość Maryi każe Jej iść z pośpiechem po to, żeby spotkać, pobyć, towarzyszyć, objąć czułością. To prawda, że pośpiech nie jest najlepszym doradcą jednak z tym jednym ale… Czy jesteśmy jeszcze na tyle wrażliwi, żeby z pośpiechem i czułością być przy…, kiedy znajomym i okazjonalnie poznanym niepokój, niepewność i poczucie osamotnienia dobiera się do skóry? Franciszek powiedział kiedyś, że czułość pozostaje najlepszym konkretem egzystencjalnym. A dobrze wiemy, że im mniej czułości, tym więcej obojętności, a gdzie czułość, tam na pewno ciepło spotkania, a gdzie obojętność, tam z pewnością chłód oddalenia. Nie sposób, więc nie zapytać o ten mój, dzisiejszy egzystencjalny konkret.

Reakcja Elżbiety zaskakuje. Zamiast ucieszyć się pomocą o wiele młodszej krewnej, bo sama pewno z trudem dawała sobie radę, wygłasza pochwałę wiary Maryi i cieszy się Jej spodziewaniem. Elżbieta bardzo dyskretnie przypomina, że nasze osobiste niepokoje i kłopoty wcale nie są najważniejsze, że są sprawy, rzeczy naprawdę ważniejsze od naszych. A zdaje się, że ten coraz powszechniejszy już brak dystansu do własnych kłopotów i problemów powoduje, że odbieramy je zbyt bezpośrednio i traktujemy aż nadto osobiście. I może to dlatego właśnie pielęgnujemy i żywimy się poczuciem krzywdy?

A dziś usłyszeliśmy mało optymistyczną przestrogę: miejcie się na baczności przed ludźmi. Bo to nie Boga powinniśmy się bać, a ludzi, a bywa, że i tych najbliższych trzeba się obawiać. Pan Bóg wcale nam nie zagraża, a ludzie często.

Parę dni temu wpadłem w Internecie na taką oto opowiastkę o wywiadzie z hinduskim myślicielem, literatem i filozofem Sungarem Singh. Jedno z pytań dziennikarzy dotyczyło wrażeń wyniesionych z Europy. Sungar Singh odpowiedział: "Największym skarbem, jaki ma Europa, są cztery Ewangelie, a najpiękniejszym opowiadaniem, jakie kiedykolwiek słyszałem jest wydarzenie, gdy do Chrystusa przyprowadzono grzeszną niewiastę. Słowa Chrystusa: "Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień" - są najpiękniejszymi, jakie kiedykolwiek słyszałem.

A w komentarzu do tej opowiastki przeczytałem, że w naszych relacjach z ludźmi musimy być wciąż gotowi na to, że może pojawić się kamień niezgody. Nie wiem, czy czasem już nie leżą przygotowane na podorędziu, pod ręką całe kupy takich kamieni. I dalej: kamień symbolizuje zatwardziałość własnego serca, swojej opinii i stanowiska, ale także niezgodę na obecny stan rzeczy. Czyż nie jest właśnie tak, że na wszystko, co jest inne, odmienne, różne ode mnie nie reagujemy kamiennością? Więcej, kamień jest często tym "narzędziem", który ma "przekonać" drugą osobę do zmiany swojego stanowiska. Używamy kamieni, używamy, a jakże, słownych i rzeczowych, i to coraz chętniej w przekonywaniu do swoich racji i poglądów.

I jeszcze jedno z tamtego komentarza: Pan Jezus mówi, żebyśmy zakopali nasze kamienie niezgody. Bo kto z nas jest bez grzechu? Czy możemy z czystym sercem i sumieniem rzucić w kogoś kamieniem? Przyznam, że przeraziło mnie to tak postawione pytanie. Bo jeśli ślepe obrzucanie się słowno hejtowymi kamieni stało się powszechnością, to czy znaczy to, że liczenie na czystość serca i sumienia jest już tylko naiwnością? Przeczytałem jeszcze, że nasze ręce są po to, aby otwartym gestem zachęcić drugiego człowieka do współpracy i porozumienia. Kamienie mogą nam tylko ciążyć w życiu, dlatego ważne jest, abyśmy odstawiali je zawsze na bok...

A jeśli tak, to może czas już najwyższy, żeby pierwszemu odstawić kamienie i wyciągnąć rękę…?

I na koniec. Boże Narodzenie to świętowanie prawdy, że Słowo stało się Ciałem. Innymi słowy, ucieleśniło się, stało sprawdzalne dotykiem. To znaczy też, że Pan Bóg dotrzymał słowa, wywiązał się z danej obietnicy. Nie wycofał się tłumacząc, że został źle zrozumiany i nie to miał na myśli, a Jego słowa wyrwano z kontekstu. Dotrzymał słowa, wywiązał się z obietnicy. I tak sobie pomyślałem, że ja w tym roku, w czasach królującego pustosłowia będę życzył, żebyśmy dotrzymywali słowa i wywiązywali się obietnic, żeby nasze słowa się ucieleśniały, były nie pusto a pełnosłowiem.

 

« 1 »

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama