107,6 FM

Co za dużo to niezdrowo

Co za dużo to niezdrowo… Tak, to prawda, brzmi to bardzo ogólnie. Ale przecież w wielu przypadkach sprawdza się doskonale.

 

Ot, zdaniem Talleyranda „Za dużo dowcipu, to za mało dowcipu”. I słynny z kostycznego poczucia humoru francuski polityk doskonale wiedział o czym mówi.  Wreszcie każdy, komu zdarzyło się być uwiązanym do szpitalnego łóżka, w sali z nałogowym opowiadaczem dowcipów, zgodzi się pewnie z Talleyrandem bez zastrzeżeń – za dużo dowcipu to za mało dowcipu. Niekiedy – aż boleśnie za mało. Zdarza się, że dobry żart  łączy się z propagandą. Na różne sposoby. I tak, w czasach słusznie minionego realnego socjalizmu, opowiadano seryjne dowcipy o radiu Erewań, parodiujące metody komunistycznej propagandy. Ot, choćby takie: Czy to prawda, że w Moskwie na Placu Czerwonym rozdają za darmo samochody? - Tak, to prawda z tym, że nie w Moskwie, a w Leningradzie, nie na Placu Czerwonym, a na Placu Rewolucji, nie samochody a rowery, i nie rozdają, ale kradną. Otóż, jeśli sobie dobrze przypominam, znany opozycjonista czasów PRL-u, Jacek Kuroń na początku lat 80-tych ubiegłego wieku przekonywał, że gdyby ówczesny, komunistyczny rząd ogłosił, że znalazł złote jajko, to społeczeństwo od razu uznałoby, że nie złote, tylko kurze, i nie znalazł tylko ukradł. Czuję, że dowcip Kuronia nieco przekręciłem, ale – mam nadzieję - że zachowałem jego sens. A sens jest taki: w pewnym momencie propaganda staje się tak nie tylko mało wiarygodna, ale tak skrajnie niewiarygodna, że nawet, gdy przypadkiem czy nie przypadkiem podała informację prawdziwą, to i tak zostanie to odczytane jako fałsz. Czyli – w innej wersji – ukradł czy jemu ukradli, w każdym razie na pewno był zamieszany w kradzież. Otóż zdaje mi się, że w naszym kraju mamy do czynienia właśnie z paradoksalną sytuacją, kiedy propaganda, ta najbardziej prostacka forma perswazji, wskoczyła już na tak niebotycznie wysoki poziom prymitywizmu, że przestaje działać. Innymi słowy: za dużo propagandy, to za mało skutecznej propagandy. Oczywiście – zawsze liczyć można na to, że ów propagandowy prymitywizm i tak zadziała. I jest w tym nieco racji – tyle, że przekona już przekonanych, albo tych, którzy i tak daliby się przekonać. Byle czym. Byle gdzie. Byle komu. Oczywiście, dla funkcjonowania demokracji głosy takich wyborców liczą się dokładnie tak samo jak głosy tych, dla których  przekonywania trzeba się jednak nieco wysilić. Ale… Wyniki ostatnich wyborów – jak i kilku poprzednich - pokazały, że Polska jest podzielona. Może niedokładnie „pół na pół” ale wbrew pozorom różnice między „połówkami” nie są duże. To, w gruncie rzeczy, przyjęta ordynacja wyborcza sprawia, że jedni mogą czuć się po wyborach „wygranymi”, a drudzy „przegranymi”. Dla jasności – nie wpisuję się tym samym w zawodzenie tych, którzy uzyskali w wyniku wyborów mniejszą ilość mandatów, że oto i tak tylko kilka milionów Polaków głosowało na tych, którzy wygrali, a na nas „przegranych” głosowało więcej. Nie, wyniki wyborów, to efekt zasad przyjętych przez wszystkich uczestników wyborczej gry. I nic nie pomogą tu okładki tzw. tygodników opinii z tytułami „PiS ma władzę, a opozycja większość wyborców”. No cóż, żelazne elektoraty „rządowy” i „opozycji”, które trzymają Polskę w politycznym klinczu – by użyć terminologii bokserskiej czy, by odwołać się do szachów – tworzą sytuację swoistego pata, wydają się już wypełnione po brzegi. Wiem, młodsi wyborcy dorosną, starsi odejdą z tego świata, ale czy zmieni to zasadniczo proporcje? A co z resztą Polek i Polaków? Tych, w których prymitywizm propagandy budzi odrazę?  Oczywiście – w demokracji: głos to głos. Obojętnie czyj. Byle po naszej stronie.  Ale zastanówmy się chwilę  - jest część politycznej Polski, która lubi przedstawiać się jako inteligencka - w odróżnieniu od tej drugiej połowy, którą wielu przedstawicieli tej „Polski jasnej” uznaje zwykle za ciemny motłoch. Czy  przedstawiciele tej „jasnej strony”, która tak bardzo łatwo i chętnie krytykuje nic nie wiedzący o świecie ciemnogród słyszą swoich wybrańców? By ograniczyć się do tych ostatnich,  nazwijmy je intelektualnych ekscesów – czy słyszą inteligenci przedstawicielkę lewicy, która peroruje o Brunonie Schulzu spalonym na stosie przez Inkwizycję? Co sądzą o „swoim” polityku który sądzi, że oponenci wypuszczają z puszki Pandorę? No cóż, spalony przez Inkwizycję Bruno Schulz, którego w rzeczywistości uśmiercili hitlerowcy w czasie II wojny światowej i wypuszczana z puszki Pandora, która tak naprawdę puszkę tę otwarła, to z pewnością za dużo dowcipu, przynajmniej jak dla mnie. Zdaję sobie sprawę, że usłyszę najpewniej: No tak, ale tamci, to przecież… I takie są właśnie nocne i dzienne rodaków rozmowy, rozmowy polskie 2019 roku.  Jak długo będą aż tak bardzo jałowe?

« 1 »

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama