107,6 FM

O wyprzedażach, wdowim groszu i niekończącym się dawaniu

Niedawno chciałam powiedzieć - „obchodzono”, przez wielu oczekiwany jak jakieś wielkie święto - black friday.

Dzień totalnych wyprzedaży coraz bardziej atrakcyjnych cenowo także i w Polsce. Znalazłam się wtedy w Rzymie na Via del Corso – centralnej ulicy sklepowej prowadzącej od Placu Weneckiego. Gdyby ktoś nie wiedział, że to 12 godzin okazji cenowych, bo niektóre sklepy były otwarte do późnej nocy, zacząłby dopytywać skąd się wzięło tyle ludzi. Ulica i tak zawsze zaludnionego przez przyjezdnych wiecznego miasta, była pełna tłumu, który jakby wyległ na jakąś ogromną manifestację. Niewątpliwie wszyscy uginający się pod ciężarem papierowych toreb z napisami reklamującymi przeróżne firmy, manifestowali swoje przywiązanie do posiadania. Ale też do pieniędzy, bo przecież kwota z tego co udało się kupić taniej, zostawała w ich kieszeniach czy na kartach kredytowych. Niby bez większego zachodu, ale co się każdy nachodził, zapamiętają tylko jego nogi i kręgosłup.

Kilka dni przed weekendem zniżek obchodził urodziny jałmużnik papieski kardynał Konrad Krajewski. Wiem, że codzienne słowa Ewangelii mają dla niego duże znaczenie, dlatego z ciekawością sprawdziłam jakie dostał w prezencie. To był fragment o wdowim groszu rzuconym do skarbony przez osieroconą przez męża kobietę. Podczas pobytu w Rzymie zapytałam Kardynała jak przyjął ten tekst. Przecież rozdaje ubogim co ma, pozostaje na ich usługach 24 godziny na dobę, a tu nagle taki pstryczek w nos.

- Pomyślałem, że muszę iść do spowiedzi, bo wszystkiego jeszcze nie oddałem – odpowiedział.

Przez moment popatrzyłam ze zdziwieniem na tego kapłana zagonionego wśród ludzi o dramatycznych życiorysach, patrzącego na każdego spotkanego miłosiernym wzrokiem. A potem zrozumiałam, że w dawaniu nigdy nie można powiedzieć „dość”. Nawet kiedy dajemy innym pieniądz wypracowany tak ciężko, że mógłby stanowić część naszego ciała, to nigdy nie spełnimy do końca swojej powinności służenia innym. Nie jesteśmy braćmi naszego Boga jak w swoim młodzieńczym dramacie nazywał brata Alberta Chmielowskiego Karol Wojtyła. 

Zobaczyłam wtedy dwie strony tego samego świata. Kard. Konrada Krajewskiego chodzącego po rzymskich ulicach, a właściwie stojącego przy dworcach Termini i Tiburtina i rozdającego potrzebującym zupy, banany, jogurty, ciepłe śpiwory i zainteresowanie i serdeczność. I nas, męczących się w nacierającym na siebie i rzeczy tłumie, zgarniających nieograniczone liczby ubrań, przedmiotów, jedzenia z pominięciem uważności i życzliwości. 

Dwa światy dawania i brania, o których warto pomyśleć przed Świętami Bożego Narodzenia. Kiedy Bóg daje nam siebie, a my - swoi, nie przyjmujemy Go, zajęci czymś innym.

 

« 1 »

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama