107,6 FM

Prawo silniejszego

O prawach człowieka od poczęcia i od urodzenia, o języku neutralizującym problem aborcji i o zabójstwie w majestacie prawa mówi prof. Krzysztof Motyka.

Jacek Dziedzina: Biolodzy nie mają wątpliwości: życie człowieka zaczyna się od poczęcia. Skąd zatem wątpliwości, czy od tego samego momentu przysługują mu prawa człowieka?

Prof. Krzysztof Motyka: Jeśli to, co niektórzy nazywają tylko płodem, jest istotą ludzką, to logicznie powinno być również podmiotem praw człowieka, w tym tego podstawowego, czyli prawa do życia i do urodzenia się. Niektórzy wolą mówić o procesie, w którym dopiero stajemy się człowiekiem, a o człowieku mówią dopiero po urodzeniu. Ale na przykład Peter Singer [australijski etyk – J.Dz.] twierdził, że dla niego nawet urodzenie nie jest żadną cezurą, że powinno się dać rodzicom pewien czas – 2–4 tygodnie – na podjęcie decyzji, czy ich dziecko zachować przy życiu, czy po prostu zabić.

Przy Singerze nawet Amnesty International wydaje się bardziej konserwatywne. Na swojej stronie internetowej organizacja pisze: „Zgodnie z międzynarodowym prawem praw człowieka, każdy ma prawo do życia (począwszy od urodzenia)”. Czy to „od urodzenia” jest osadzone w tradycji prawnej i filozofii praw człowieka?

Być może wynika z błędnej interpretacji szeroko akceptowanej tezy, że prawa człowieka są przyrodzone, czy ze sformułowań typu „ludzie rodzą się i pozostają wolni i równi w swych prawach”, jak głosi francuska Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela z 1789 r. Wtedy o prawach dziecka nienarodzonego nie debatowano. Ale Powszechna Deklaracja Praw Człowieka z 1948 r. głosi, że prawa człowieka przysługują „każdej istocie ludzkiej”, a taką i płód, i embrion są z całą pewnością, a w Deklaracji Praw Dziecka z 1959 r. czytamy, że „dziecko z uwagi na swą niedojrzałość fizyczną i umysłową wymaga szczególnej opieki i troski, w tym odpowiedniej ochrony prawnej zarówno przed, jak i po urodzeniu”.

Przed urodzeniem – ale bez określenia, od którego momentu. To celowy zabieg?

Gdy po przyjęciu Deklaracji pracowano nad Konwencją o Prawach Dziecka, niektóre państwa chciały, by wyraźnie zaznaczyć, że dzieckiem jest każda istota ludzka od momentu poczęcia. Ale inne państwa, mające liberalne prawa aborcyjne, były temu przeciwne. W efekcie podano górną granicę „dziecka” – 18 lat – ale nie podano dolnej.

Czyli Amnesty International i inne proaborcyjne organizacje mają prawo powoływać się na Konwencję Praw Dziecka?

Niezupełnie, bo we wstępie do Konwencji z aprobatą zacytowano przywołane wyżej sformułowanie Deklaracji Praw Dziecka o potrzebie prawnej ochrony dziecka także przed urodzeniem. Słowo „odpowiedniej” może sugerować branie pod uwagę, że ta ochrona może być w kolizji z prawami innych osób.

Nawet w tak jednoznacznym zdaniu znalazło się określenie zostawiające furtkę dla aborcji?

Interpretując Konwencję, można mówić o ochronie dziecka przed urodzeniem, choć bez rozstrzygnięcia kwestii, od którego momentu. Ale ważny jest też szerszy kontekst interpretacyjny. Podobnie jak Powszechna Deklaracja Praw Człowieka, rozwijające ją Międzynarodowy Pakt Praw Obywatelskich i Politycznych oraz Międzynarodowy Pakt Praw Gospodarczych, Społecznych i Kulturalnych używają określenia „wszystkie istoty ludzkie”, a ponadto zawierają przepisy, które ewidentnie wskazują, że brane są pod uwagę jeszcze nieurodzone dzieci, jak zakaz wykonywania kary śmierci wobec kobiet w ciąży czy zobowiązanie państw do działań koniecznych do zmniejszenia wskaźnika martwych urodzeń.

Równolegle w dokumentach wielu instytucji międzynarodowych aborcja jest wprost uznawana za jedno z praw człowieka. To wynika z pewnego arbitralnego wyboru prawa dorosłych kosztem prawa dziecka?

Wraz z postępującą sekularyzacją i indywidualizmem dużą karierę zrobiło prawo do prywatności. W 1973 roku Sąd Najwyższy USA uznał, że zakaz aborcji jest sprzeczny z prawem do prywatności, wydobytym z Konstytucji Stanów Zjednoczonych w drodze kontrowersyjnej interpretacji. To odniesienie do prywatności dehumanizuje istotę ludzką, która jest abortowana.

Jaką rolę w oswajaniu z aborcją odegrał język? Mówi się o płodzie zamiast o dziecku, o terminacji – zamiast o zabiciu...

Nawet określenie „życie ludzkie” wydaje się nieco słabsze niż po prostu słowo człowiek. To „życie ludzkie” sugeruje bardziej jakiś proces niż podmiot mający prawa. Zmiana języka to z pewnością jedna ze strategii oswajania. Jeśli po usunięciu ciąży pojawiają się wyrzuty sumienia i powstaje syndrom poaborcyjny, to jest naturalne, że jest potrzeba pewnego redukowania tego dysonansu, a to powoduje przyjmowanie argumentów za tym, że to jeszcze nie jest człowiek. W okresie PRL, gdy kobieta w ciąży przychodziła do ginekologa, często pierwsze pytanie brzmiało: „To co, usuwamy?”. Język nie tylko odzwierciedla pewne procesy poznawcze, ale też je kształtuje. Terminu „dziecko poczęte” czy „dziecko nienarodzone” zaczęto używać dopiero w latach 80., pewnie pod wpływem Jana Pawła II. W środowisku prawniczym, zanim te terminy zostały przyswojone, ktoś, kto mówił o dziecku poczętym, był traktowany jak nawiedzony. Środowiska proaborcyjne wiedzą, co robią, neutralizując problem na poziomie języka. O wiele łatwiej jest kształtować akceptację dla aborcji, jeśli będziemy mówić o płodzie i embrionie, a nawet życiu ludzkim, a nie o człowieku.

Ktoś jeszcze zauważa ingerencję jakichś organizacji proaborcyjnych? Wydaje się, że media stosują te określenia spontanicznie.

Nie tak dawno kilka organizacji proaborcyjnych, w tym Planned Parenthood, zwróciło się do brytyjskiej BBC i do innych mediów, by nie używały sformułowania „heartbeat bill” na określenie amerykańskich ustaw zakazujących aborcji od momentu, w którym wykrywane jest bicie serca. W liście do BBC napisano, że inne serwisy informacyjne zobowiązały się do rezygnacji z używania tego wyrażenia. Na szczęście BBC odmówiła i nie poddała się temu naciskowi. Jest jasne, dlaczego zwolennicy aborcji nie chcą używać określenia „heartbeat” – bicie serca. Ten wpływ lobby jest widoczny także w innych miejscach. Dziennik „The Guardian” zachęca wydawców do używania określenia „antyaborcjoniści” zamiast działacze ruchów pro-life (za życiem). Za to zwolenników aborcji nadal nazywa ruchami pro-choice (za wyborem).

W dobie tak mocno rozwiniętych teorii praw człowieka pozbawienie tych praw najmłodszych wydaje się jakąś schizofrenią. I trudno wytłumaczyć to wyłącznie wpływem lobby proaborcyjnego.

Ma to „dobre” podstawy teoretyczne. Jeden z prawników w 1980 roku napisał: „Prosta prawda jest taka, że płód nie jest obywatelem liberalnego państwa. Chociaż może posiadać humanoidalne ciało, obywatelstwo nie jest kategorią biologiczną. Liberalna społeczność nie pyta, jak wygląda istota przed przyznaniem jej obywatelstwa. Zamiast tego pyta, czy istota może odgrywać rolę w dialogicznych i behawioralnych transakcjach, które tworzą liberalny rząd. Płód nie przechodzi tego dialogowego testu lepiej niż dorosłe delfiny”.

Utarło się przekonanie, że obrona życia nienarodzonych to kwestia światopoglądu i religii. A przecież sprawa powinna łączyć wierzących i niewierzących na gruncie nauki. Czy ta powszechność przyzwolenia na aborcję jest wynikiem jakiegoś intuicyjnego przekonania, że konieczna jest pewna „gradacja” praw, że trzeba ustalić, kto ma „większe” prawo?

Przyznaję, że ja sam przed laty, jeszcze przed wprowadzeniem tzw. kompromisu aborcyjnego z 1993 roku, uważając, że jeśli prawo będzie choćby trochę zbyt surowe w porównaniu z przekonaniami normatywnymi społeczeństwa, to skutek będzie odwrotny od zamierzonego, mówiłem, że może warto zastanowić się nad takim rozwiązaniem: wpisujemy do konstytucji, że każdy człowiek od poczęcia do naturalnej śmierci ma prawo do życia, ale na tym poprzestajemy, czyli nie wprowadzamy przepisów prawnokarnych w przypadku aborcji.

Wiemy jednak, że prawo też wychowuje, co pokazuje właśnie ustawa z 1993 roku. Wcześniej akceptacja dla aborcji na życzenie była niemal powszechna, dziś zdecydowana większość dopuszcza ją tylko w pewnych sytuacjach.

Oczywiście. Mój mistrz, Leon Petrażycki, również twierdził, że prawo pełni rolę motywującą oraz wychowawczą, że jest też preferencją pewnych wartości. I gdybym dzisiaj miał odnieść się do tej mojej propozycji sprzed lat, to z punktu widzenia praw człowieka należałoby uznać, że jest ona całkowicie niedopuszczalna, bo narusza zasadę jednakowej ochrony prawnej dla każdej, także jeszcze nieurodzonej istoty ludzkiej, i to w odniesieniu do najważniejszego prawa – prawa do życia. Aborcja w gruncie rzeczy jest zabójstwem, tyle że dokonywanym w majestacie prawa, które tym samym staje się, używając określenia Gustawa Radbrucha, ustawowym bezprawiem.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama