107,6 FM

Jojo, Ewa i św. Rita

Gdy człowiek zobaczy człowieka w… człowieku.

To opowieść o tym, że czasem wystarczy zauważyć, spojrzeć w oczy i porozmawiać. A gdy do dobrych ludzkich uczuć dołączy fachowa siła z nieba, dzieją się dobre rzeczy. Albo nawet i… cuda. To opowieść o bezdomnym Jojo, który chociaż mówić po francusku nie umie, to niemal bez słów, bo sercem i wrażliwością, dogadał się z uważną Polką Ewą Ścieszką. A co z tego wynikło? Cuda.

Wakacje Ewy

Pani Ewa mieszka we Francji od 30 lat, w Annecy – przepięknym przedalpejskim regionie, w tzw. alpejskiej Wenecji. Zajmuje się edukacją sportową, prowadzi też ćwiczenia dla osób z dysfunkcjami fizycznymi, pracuje z chorymi. Wrażliwa na drugiego człowieka? – Myślę, że nie bardziej niż większość z nas. Ale faktycznie, czasem coś mnie popycha w kierunku konkretnego człowieka, do potrzebującego czy biednego. Staram się po prostu być uważna i słuchać Ducha Świętego – mówi pani Ewa. – Nie sądzę, by było w tym coś nadzwyczajnego, ale czasem po prostu muszę podejść do napotkanej osoby i chociaż porozmawiać…

Latem tego roku, wraz ze znajomymi, Ewa pojechała na wakacje do Nicei. – To był tygodniowy wyjazd. Koledzy nurkowali, ja zwiedzałam Niceę i odpoczywałam. Stara Nicea jest przepiękna: kręte uliczki, za każdym rogiem coraz to piękniejsze miejsca. Warto odwiedzić – zachęca. – Zaparkowaliśmy nasze auta pod jednym z muzeów. Tam wracaliśmy co jakiś czas do samochodów jak do bazy. Zauważyłam, że przed wjazdem na parking koczuje jakiś człowiek. Bezdomny…

Ten pan, gdy widział wchodzących na parking i wychodzących na zewnątrz, zawsze każdego witał i żegnał. Dzień dobry, do widzenia – mówił uprzejmie, z uśmiechem. Niektórych, stałych bywalców, najwyraźniej znał. I jednocześnie – dbał o miejsce wokół siebie i na parkingu. Sprzątał wysłużoną miotełką, zbierał śmieci. – Zaintrygował mnie. Widziałam, że ma materac, obok były jakieś własnoręcznie zrobione półeczki na różne przedmioty. Wszystko było poukładane, jak na trudne warunki – mieszkał schludnie. Mężczyzna, mimo że koczował na parkingu, miał wszystko, czego potrzeba do skromnego życia – opowiada Polka. – Ponieważ całe dnie spędzałam na spacerach, i w zasadzie sama – w końcu zaczęliśmy rozmawiać. Proste zdania, prosta historia, prosta rozmowa…

Komunikacja pod względem językowym prosta jednak nie była. Mężczyzna nie mówił po francusku zbyt dobrze. Znał ciut włoski. – Okazało się, że z pochodzenia był Rumunem. Najpierw rozumiałam co trzecie słowo, porozumiewaliśmy się gestami. Potem szło nam coraz lepiej. W końcu Jojo, bo tak się przedstawił mój nowy znajomy, podarował mi francuską gazetę dla osób bezdomnych. W Nicei istniał taki program wsparcia bezdomnych: gazetę wydaje stowarzyszenie wspierające takie osoby, są tam opisane ich historie. A podopieczni rozprowadzają gazety i dostają ze sprzedaży jedno euro – mówi pani Ewa.

Jojo

W gazecie Ewa znalazła historię Jojo. Smutną. Przygnębiającą. O życiu, które się nie układało. O szansach na lepsze jutro, które nie mogły się urzeczywistnić… – W dużym skrócie: Jojo urodził się w Rumunii, był sierotą. Wychowywał się w tamtejszym, bardzo kiepskim sierocińcu. Sytuacja dzieci się pogorszyła, gdy upadł mur berliński i sierociniec został pozbawiony niemieckiej pomocy. Młodzież została niemal wyrzucona na wieś. Pozbawiony wsparcia Jojo musiał radzić sobie sam – mówi pani Ewa.

Zamieszkał na jakimś gospodarstwie, musiał przeżyć mimo zerowej pomocy i ochrony. Był najmłodszy i najsłabszy, najbardziej bezbronny. – W końcu zaczął wyjeżdżać za chlebem i lepszą przyszłością na Zachód. I za każdym razem, gdy już niemal stawał na nogi – działo się coś, co krzyżowało mu plany. Tracił pracę, bywał ofiarą zmian społecznych i politycznych. Bo zwykle tak jest, że najbardziej obrywają osoby najsłabsze. Najbiedniejsi na swoich barkach niosą ciężar kryzysów ekonomicznych.

Jojo mieszkał trochę we Włoszech, potem we Francji. Trafił na ulicę mimo pracowitości, otwartości, chęci działania. W Nicei zamieszkał przy parkingu, bo miejsce jest objęte monitoringiem, więc jest bezpieczniej. – Jojo bał się złych ludzi, chuliganów, pijącej młodzieży, która potrafi i pobić, i kamieniem rzucić. Wcześniej, w mniej bezpiecznych miejscach, w nocy nie spał i czuwał, a spał w dzień. Jojo opowiadał, że policja nie reaguje na przemoc wobec bezdomnych. Musiał ochronić się sam.

W Nicei zainteresowała się nim pewna kobieta – pracująca w organizacji wspierającej bezdomnych. Z pochodzenia też była Rumunką, więc zniknęła bariera językowa. Próbowała odtworzyć mu dokumenty, paszport. Ale to wszystko trwało, bo jest trudne i żmudne. Jojo, mimo wrodzonego optymizmu, był już znużony i zmęczony. No, jak nie szło w życiu, to nie szło. Całe 53 lata życia… – Jojo to trochę taki współczesny… Hiob. Niewątpliwie ciężko mu było. Ale z drugiej strony, mimo dramatycznej historii, cały czas się nie poddawał. Nawet jako bezdomny dbał o siebie, o higienę. Pokazywał mi fontannę, w której się regularnie mył. Nawet nie pił alkoholu – wspomina pani Ewa. – Dlatego uważam, że nie warto oceniać i wartościować. Jeśli nie znamy historii człowieka, nie wolno po prostu snuć własnych wniosków i szufladkować. Bo można skrzywdzić pochopną oceną.

Św. Rita

Wakacje pani Ewy mijały bardzo szybko. Urlop w pięknej Nicei i z nowym znajomym dobiegał końca. – Smutno mi było wyjeżdżać. Miałam świadomość, że wyjadę i nic nie mogę dla Jojo zrobić. Paszportu mu przecież nie wyrobię, pracy nie znajdę, domu nie dam – mówi pani Ewa.

Niemal ostatni spacer po Nicei. Pani Ewa weszła do przypadkowo napotkanego kościoła, dość niepozornego, wciśniętego między kamienice miasta. Okazało się, że trafiła na kościół św. Rity. – Pomyślałam, że jeśli ktoś może pomóc Jojo, to właśnie św. Rita – bo jest od spraw beznadziejnych, a jego los wydawał się beznadziejny, bez przyszłości. Kto da pracę bezdomnemu Rumunowi, który nawet po rumuńsku nie bardzo umie pisać, a po francusku nie mówi?

Pani Ewa kupiła w przykościelnym sklepiku medalik i obrazek ze św. Ritą. Zaniosła panu Jojo. – Nie wiedziałam nawet, czy jest wierzący. Jojo powiedział, że do kościoła nie chodzi – bo się boi, że w tym czasie go okradną. Ale wyjął spod materaca Biblię, którą regularnie czyta. Ucieszyłam się. Zapewniłam go, że będę się za niego modlić przez wstawiennictwo św. Rity. Do ręki wcisnęłam 10 euro.

Jojo był wzruszony. Przytulił się do pani Ewy, miał łzy w oczach. Pożegnali się, pani Ewa poszła do auta. – Wtedy podbiegł do mnie Jojo, bardzo szczęśliwy, i przyniósł mi prezent: jakieś włoskie wino, którego sam nie pił, i… podrabiane perfumy. Dał, co miał, od serca...

A mimo że pani Ewa zwykle jest ostrożna, wymienili się danymi komunikatora internetowego. Bo Jojo miał czasem dostęp do internetu. Czy napisze? Nie wiadomo. Pani Ewa wróciła do domu.

Jojo nie zapomniał jednak o swojej przyjaciółce. Codziennie pisał rano: dzień dobry, miłego dnia. I wieczorem: dobranoc. Pani Ewa – odpisywała równie życzliwie. – Któregoś razu Jojo przysłał mi przez komunikator nowy artykuł na swój temat. Nie mogłam uwierzyć w to, co czytam…

Bo niedługo po jej wyjeździe z miasta rejon Nicei nawiedziła powódź. Wiele osób straciło dach nad głową – to tereny podgórskie i zniszczenia były duże. Jojo, widząc niedolę i biedę ludzi, oddał ofiarom powodzi wszystkie swoje oszczędności. Całe 150 euro, wypracowany i użebrany wdowi grosz bezdomnego. Zrobił tak, bo – jak mówi – on najlepiej wie, co znaczy stracić dach nad głową. Historię, w piśmie o bezdomnych, opisała znajoma Rumunka.

Pani Ewa, wzruszona postawą Jojo, artykuł upowszechniła wśród swoich przyjaciół i znajomych. Metodą internetowego łańcuszka po jakimś czasie historia Jojo dotarła do merostwa Nicei. I cóż było dalej? – Zainteresowali się urzędnicy, lokalne media. Doszło to w końcu do samego mera. A potem działy się cuda.

Bezdomny Jojo został przyjęty w merostwie. Zaproponowano mu pracę – przy sprzątaniu ulic. Podpisał kontrakt najpierw na sześć miesięcy. I dostał skromne, ale bezpieczne mieszkanie! – Byłam w szoku. Wierzyć mi się nie chciało. Ale przeszło mi od razu przez myśl: święta Rita działa! I to jak skutecznie!

Pani Ewa nadal modli się za Jojo. Żeby ten, w nowej rzeczywistości, nie zatracił się. I potrafił się odnaleźć. Żeby wytrzymał, znalazł sens. Nadal piszą do siebie codzienne pozdrowienia. A niedawno Jojo włączył się w nową działalność: razem z żoną mera Nicei będzie roznosił paczki świąteczne dla najbiedniejszych dzieci.

Gdy Ewa życzy mu powodzenia, Jojo odpisuje. Zamiast „merci beaucoup”, pisze fonetycznie: „Merci Bogu!”. Dla pani Ewy to nie pomyłka. To bardzo konkretny znak. – Historia Jojo i mnie podniosła na duchu. Czasem się modlimy latami i na pozór nie ma efektu. Nic się nie zmienia. Ale tylko Bóg jest w stanie zmienić nasze życie, naprawdę pomóc. I co niemożliwe – staje się możliwe. On i Jego wysłannicy są zawsze przy nas. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama