107,6 FM

Pocałunek zza krat

Dla praktycznego do bólu świata, w którym wszystko ma być użyteczne, są solą w oku. Są jak drogowskaz. Jak czysty pocałunek. Dzięki temu, że nie są „po coś”, pokazują, czym jest bezinteresowna miłość. Dlaczego tysiące kobiet i mężczyzn zamyka się, by w ciszy nasłuchiwać kroków Oblubieńca?

Nie szukali tego. Oddalili się od świata, a jednak choć wybrali klauzurę, zasypywani są stertami listów z intencjami modlitewnymi. Przed laty w prawosławnym skicie w Odrynkach na Podlasiu usłyszałem rosyjskie przysłowie: „Do pustej studni po wodę się nie przychodzi”. Tam, gdzie jest łaska Ducha Świętego, tam lgną ludzie. Nie są jednostkami duchowego GROM-u ani modlitewną tarczą antyrakietową. To efekt uboczny ich misji. Jaki jest sekret ich powołania? Zostali uwiedzeni.

Ręce do góry!

Gdy kard. Karol Wojtyła odwiedził kamedułów na zerkającej z góry na gród Kraka Srebrnej Górze, powiedział: „Jesteście dla miasta piorunochronem”. Ukryci przed światem mnisi i mniszki z zakonów kontemplacyjnych wiedzieli, jak bardzo cenił ich wierną, cichą modlitwę. 13 maja 1981 r. plac Świętego Piotra zamarł w przerażeniu. Padły strzały, a tłum ujrzał zakrwawionego, bezwładnie osuwającego się w ramiona towarzyszących mu osób papieża. Po trzech latach jako podziękowanie za cudowne ocalenie Jan Paweł II sprowadził do Watykanu karmelitanki. Postanowił, że w ukrytym w ogrodach, przylepionym do wielkiego muru klasztorze Mater Ecclesiae co pięć lat będzie się modliło inne klauzurowe zgromadzenie. 13 maja 1984 r. ruszył szturm do nieba. Gdy odwiedziłem ten niepozorny budyneczek, swą „zmianę warty” miały benedyktynki. To tam usłyszałem: „Jesteśmy małymi Mojżeszami, którzy wznoszą ręce. Gdy Mojżesz stał ze wzniesionymi ramionami, Izrael triumfował, gdy je opuszczał – przegrywał. Stoimy jak Mojżesz. Z rękami wzniesionymi do nieba. Po to, by naród Boży odnosił duchowe zwycięstwo. Jesteśmy małe, słabe, ukryte, a chcemy być sercem Watykanu. Serce, niewielki organ podtrzymujący życie organizmu, choć niewidoczne, nadaje rytm. Modlimy się za rozdarty świat, za ludzi przeżywających duchowe zawirowania. Za tych, którzy się nie modlą, którzy nie mogą się modlić, którzy nie umieją się modlić i którzy modlić się nie chcą. Modlimy sie nie tylko na kolanach. Naszą modlitwą jest również robienie marmolady z pomarańczy”. Palce lizać!

Nikt nas nie zmusza

Można uwielbiać Boga zamiataniem podłogi czy pieczeniem ciasta – usłyszałem 14 km od ukraińskiej granicy, nad Sanem, przy pysznym serniku u przemyskich benedyktynek. Trwają online z Najwyższym od pobudki o 5.25 aż po kompletę. I tak od 405 lat. W podkrakowskich Staniątkach ten szturm trwa dwa razy dłużej!

− Co zachwyca mnie w życiu monastycznym? Dobrowolność. Ludzie się nad nami tak użalają, jakby ktoś nas do czegoś zmuszał. A nikt nas nie zmusza. Myśmy tu same przyszły. To nasza życiowa szansa na spełnienie najgłębszych pragnień i marzeń – opowiada s. Małgorzata Borkowska (historyk, pisarka, doktor honoris causa KUL). – Istotą naszego powołania jest coś, co szczególnie mnie pociąga: bezinteresowne uwielbienie. Nie jesteśmy po to, by coś od Pana Boga wyprosić. To szczytne powołanie, ale nie nasze. Nie jesteśmy po to, by coś dla Pana Boga zdziałać. To szczytne powołanie, ale nie nasze. Jesteśmy po prostu po to, by Go uwielbić. Za darmo. I na nic więcej się nie oglądać. Najlepszym opisem życia kontemplacyjnego są słowa z Listu do Hebrajczyków: „Wytrwał, jakby widział Niewidzialnego”.

Benedyktynki w Staniątkach są już od 830 lat, jednak pierwszy ich klasztor w Polsce miał założyć w XI wieku dla swojej córki Bolesław Chrobry.

Jak boża krówka

– Nasza bezużyteczność to bardzo dobre uczucie – wyjaśniał John Chapman, mistrz angielskich benedyktynów. – My nie możemy być użyteczni dla Boga! On może doskonale obejść się bez nas. Jeśli jednak nas wybiera, to jest to wielki zaszczyt.

– Po co istnieje ktoś taki jak mnich? A któż to wie? Jak w wierszu Gałczyńskiego: „Po cholerę toto żyje, nie wiadomo, czy ma szyję”. To o bożej krówce, ale o mnichach też, bo chyba zostali powołani z tej samej Bożej puli. To się fachowo nazywa zasadą Bożego nadmiaru – uśmiecha się o. Michał Zioło, trapista. – Jednak mnich posiada pewne obowiązki: np. powinien coraz bardziej stawać się człowiekiem wolnym, również od wszelkich wzniosłych opinii o sobie i swoim powołaniu. Nie powinien dać się zamknąć w świętych zdaniach, z którymi nie ma dyskusji. Nie on jest ważny, ale Bóg, którego szuka. Często mówię o bezużyteczności mnichów. No bo po co jest mnich? Ja mówię, że jest po nic. W naszej nieużyteczności jest ogromna ufność wobec Pana Boga. Ja żyję z Tobą, Ty się mną posługujesz, widzę pewne efekty, ale tak naprawdę najgłębszego sensu tego, co robię, nie dostrzegam. Ty się tym zajmujesz, Ty rozdzielasz, Ty budujesz królestwo. Nie ja.

„Pan ode mnie samej mnie uwolnił. Teraz to On żyje we mnie. Pragnął, bym była czysta i samotna, z wielką miłością zwrócił mnie ku sobie” – śpiewały karmelitanki w Gnieźnie. – Ile razy patrzyłem im w oczy, widziałem nieprawdopodobną radość, szczęście. Zachwyciło mnie to do tego stopnia, że zacząłem zastanawiać się, czy sam wylądowałem po dobrej stronie kraty? – uśmiecha się Paweł Bębenek, znakomity kompozytor.

Spora rodzinka

Wedle danych Konferencji Przełożonych Żeńskich Klasztorów Kontemplacyjnych w Polsce w 83 klasztorach modli się blisko 1290 mniszek. Należą do 13 rodzin zakonnych.

Kobiety pociągnięte przykładem Biedaczyny z Asyżu utworzyły wspólnotę Ubogich Pań – zwaną Zakonem św. Klary czy popularnie klaryskami. Sam Franciszek miał w 1210 r. wizję, że zamieszkają one przy skąpanym w słońcu Umbrii, otoczonym soczystą zielenią kościółku. Jego proroctwo spełniło się już po dwóch latach, gdy 18-letnia Klara i jej młodsza o 2 lata siostra Agnieszka przeniosły się do San Damiano. Niebawem dołączyło do nich osiem sióstr. Początkowo Watykan przyglądał się temu z podejrzliwością. Ubóstwo i asceza zakonu żeńskiego? Bez posiadłości i dochodów? To było nie do pomyślenia! Święty upór Klary wydał jednak owoce. Jako pierwsza kobieta napisała regułę zakonną, a papież Innocenty IV zatwierdził ją 9 sierpnia 1253 r. Dwa dni przed jej śmiercią. Po kilku dniach przewodniczył jej pogrzebowi.

Benedyktynki sakramentki, które co godzinę zmieniają się przed tabernakulum, dniem i nocą czuwają przy Jezusie zgodnie z zawołaniem św. Benedykta: „Aby we wszystkim Bóg był uwielbiony”. Modlą się nad Wisłą od 1688 roku.

Najstarszym powstałym w Polsce zakonem żeńskim są bernardynki, których korzenie związane są z III Zakonem św. Franciszka z Asyżu.

Kilkaset karmelitanek bosych (przybyły do nas z Belgii w 1612 r.) za Teresą z Lisieux woła: „W sercu Kościoła, mej Matki, będę miłością”. Powstały w XVI w., w wyniku reformy zakonu karmelitańskiego przeprowadzonej przez św. Teresę z Avili i św. Jana od Krzyża.

Gdy Maria Morawska (1842–1906) przeczytała, że na dziesięciu uzdrowionych przez Jezusa trędowatych tylko jeden wrócił, by Mu podziękować, była niezwykle poruszona. Poświęciła życie, by dziękować Jezusowi i wielbić Go w Najświętszym Sakramencie. Sprowadziła z Francji Zakon Mniszek Klarysek od Wieczystej Adoracji.

Nad Wisłą modlą się również norbertanki, redemptorystki, noszące różowe habity Służebnice Ducha Świętego od Wieczystej Adoracji, szensztackie Siostry Wieczystej Adoracji Najświętszego Sakramentu i założone 411 lat temu przez św. Franciszka Salezego i św. Joannę de Chantal popularne wizytki.

– Jesteśmy jak osiołek, na którym Pan Jezus jechał do Jerozolimy – usłyszałem u dominikanek w Świętej Annie. – Najważniejsze rzeczy dzieją się ponad naszymi głowami. Czasami czujemy na naszych plecach ciężar, ale wiemy też, Komu śpiewa się „Hosanna”. Jesteśmy otwarte na… otwarcie Pana Boga. Co ciekawe, Dominik najpierw założył zgromadzenie dominikanek, a dopiero później zabrał się za mężczyzn. Myślał o nas jako o zapleczu modlitewnym dla swoich braci. I tak jest do dziś. Każda z nas modli się za konkretnych dominikanów. Od chwili ich nowicjatu. Każda ma kilkunastu „podopiecznych”. Mniszki Zakonu Kaznodziejskiego zaczęły istnieć w chwili, gdy św. Dominik zgromadził w Prouilhe we Francji kobiety nawrócone z herezji na wiarę katolicką. Pierwszy klasztor powstał w 1206 r.

Pójdę boso…

„Czego nie noszą karmelici bosi? Szkaplerza, różańca, czarnej sutanny czy trzewików?” – pytał Hubert Urbański w „Milionerach”. Na stole leżała niebagatelna sumka 40 tys. zł. Prawidłowa odpowiedź? Kolor stroju. Ponad 4 tys. karmelitów bosych (i 11,5 tys. karmelitanek) nosi brązowy habit. Ta mnisia rodzina zrodziła się na górze Karmel na przełomie XII i XIII wieku, a w 1215 r. dotarła do Europy. – Stanie przed Bogiem. Tak można krótko określić nasze powołanie – opowiada o. Marian Zawada, autor czterdziestu książek z dziedziny duchowości. – „Na życie Pana, przed obliczem którego stoję” – wołał Eliasz. Stanie przed Bogiem, trwanie w Jego obecności to kwintesencja naszego życia.

Inny sekret ascetycznego powołania znalazłem w poruszających notatkach brata Łukasza, trapisty z Tibhirine. Tuż przed śmiercią (został zamordowany przez muzułmańskich terrorystów) pisał: „Gdy słyszę, jak mówisz, żebym wziął swój krzyż, uświadamiam sobie, że aby to zrobić, muszę porzucić wszystko, co mnie zajmuje, wypuścić wszystko inne z rąk. Podążać bez reszty przepełniony Twoją wolnością. (…) W drogę nie zabierać niczego”.

Po co to wszystko?

O ich powołaniu pięknie opowiada również Johannes Hartl, doktor teologii, filozof, założyciel Domu Modlitwy w Augsburgu: „Praktyczni do bólu Niemcy zadają nam pytania: »Po co się modlicie? Co z tego macie?«. Odpowiadamy: »Nic«. Interesuje nas tylko Bóg i Jego miłość. Nic więcej. On nas nie chce »po coś«. Jeśli wszystko musi być wykorzystane po »coś«, traci swe prawdziwe znaczenie. Jaki jest użytek z piękna? Ono jest piękne samo w sobie. Jak pocałunek, jak miłość, jak modlitwa. Czy nasza modlitwa nie ma być przestrzenią, której nie musimy, jak chce świat, mierzyć poziomem produktywności czy efektywności? Ona nie ma się nam opłacać. Zakony kontemplacyjne zawsze były dla świata solą w oku. Zamykać się w klasztorze na jakiejś pustyni po to, by »jedynie« śpiewać psalmy? To nie ma najmniejszego sensu. Jeżeli Boga nie ma, rzeczywiście wszystko to jest bez sensu. »Zmarnowanie« swojego życia na modlitwę jest dla świata świadectwem. Jest jak pocałunek...”.

„Mówi się, że trapista umiera dla świata, ale to raczej świat przestaje się nim po pewnym czasie interesować. Oczywiście pomagamy mu w tym delikatnie” – opowiada Michał Zioło w znakomitej książce „Po co światu mnich”. „Jaki jest sens bycia tutaj? Ofiarowanie Panu Jezusowi tego, co się ma najdroższe. Czyli siebie, swojej miłości. Przecież nie mam Mu nic innego do dania, czego On by nie miał. W imię relacji z Bogiem rezygnuję z możliwości decydowania o sobie. Nie powiem na przykład: »Słuchajcie, zabieram was do świetnej restauracji niedaleko klasztoru, ja stawiam«. Mogę was tylko przyjąć miodem do herbaty, który przysłano mi z Polski. By tak mówić, trzeba mieć doświadczenie Boga. Nie mogę tego ukrywać. On jest żywy. Fascynuje mnie. Chce wejść ze mną w relację. Odzywa się i do czegoś mnie zaprasza, jest!”.

Czy warto pisać więcej? Odpowiadając na pytanie: „Po co są?” – są, bo… On jest. Koniec. Kropka.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama