107,6 FM

Jak obudzić olbrzyma?

– Ja tam nie lubię wspólnot – w przypływie szczerości wyrwało się pewnemu proboszczowi. – Nieustannie czegoś ode mnie chcą. Ciągle jakieś klucze od salek... Hm, czy nie taki właśnie Kościół przetrwa?

Stary niedźwiedź mocno śpi – można zaśpiewać o wielu parafiach nad Wisłą. Powinny, jak proponował Sobór Watykański II, być wspólnotą wspólnot, a często przypominają sypialnie. Na szczęście nie jest to duszpasterska norma, a Janowi Kowalskiemu przestaje wystarczać wtopienie się w bezimienny tłum niedzielnych katolików. Znam parafie, w których ruchy i wspólnoty nieustannie okupują salki, sprawiając, że miejsca te zaczynają tętnić życiem. „Parafia to Kościół jako fakt” – mawiał Karl Rahner. Co zrobić, by stała się ona miejscem spotkania i doświadczenia wiary?

Szturm

„​Dopóki w naszych parafiach były silne grupy oazowe czy inne ruchy formacyjne, dopóty można było być spokojnym o kształt wiary poszczególnych rodzin i całej parafii” – nie ma wątpliwości siedlecki biskup Grzegorz Suchodolski. „Gdy jednak tych ruchów zabrakło (może również dlatego, że wielu księżom nie chciało się już tak angażować), nastąpiło poważne pęknięcie”.

Przed pięciu laty ks. Suchodolski, jako głównodowodzący w czasie Światowych Dni Młodzieży, opowiadał mi, jak wyglądało to gigantyczne spotkanie od kuchni. Statystyki pokazały wówczas jak na dłoni, że nad Wisłę nie przyleciało kilkaset tysięcy indywidualistów, którzy na własną rękę zorganizowali sobie zagraniczną podróż, ale niemal wyłącznie ludzie ze wspólnot i duszpasterstw, uformowani i przyciągnięci przez kapłanów i liderów. W Brzegach modliło się np. 200 tysięcy młodych z Drogi Neokatechumenalnej. W ich spotkaniu na Campus Misericordiae uczestniczyło kilkudziesięciu biskupów i kardynałów, a na pytanie o chęć wstąpienia do seminarium duchownego odpowiedziało, bagatela, trzy tysiące mężczyzn. Aż cztery tysiące kobiet zadeklarowało chęć wstąpienia do zakonu lub wyjazdu na misje, a dwa tysiące rodzin zgłosiło chęć wyjazdu na misje ad gentes. W ciemno, nie wiedząc, czy trafią na Syberię, czy do blokowiska byłego NRD. W Krakowie widzieliśmy małą reprezentację 20 432 neokatechumenalnych wspólnot świata (w samej Europie przed pięciu laty w 2600 parafiach formowało się 8,3 tysięcy wiernych).

Żywe komórki

Siłą napędową parafii są wspólnoty. To one wybudzają z letargu, leczą z wszechobecnego minimalizmu i zmieniają strukturę, postrzeganą często jako urząd oferujący „usługi dla ludności” (chrzty, Komunie, pogrzeby, godziny otwarcia…), w żywy organizm.

„Mam nadzieję, że wszystkie wspólnoty znajdą sposób na podjęcie odpowiednich kroków, by podążać drogą duszpasterskiego i misyjnego nawrócenia, które nie może pozostawić rzeczy w takim stanie, w jakim są. Obecnie nie potrzeba nam »zwyczajnego administrowania«. Bądźmy we wszystkich regionach ziemi w »permanentnym stanie misji«” – zaznaczył papież Franciszek w adhortacji apostolskiej „Evangelii gaudium”.

„Wspólnota – pisał ks. Franciszek Blachnicki – jest organizmem złożonym z żywych komórek, a żywe komórki to właśnie małe wspólnoty. W tym sensie parafia jest także wspólnotą wspólnot”.

To właśnie wspólnoty przez swe oddolne inicjatywy i wypływającą z Ewangelii żywotność nadają ton współczesnemu Kościołowi. „Robią swoje” i choć ich służba nie ma tak medialnej siły rażenia jak newsy o skandalach wypływających na wierzch w procesie oczyszczenia Kościoła, to one są jednym z najważniejszych elementów eklezjalnej układanki. Kilka przykładów? Proszę bardzo…

W tym roku we Francji wyświęcono 130 księży, o czterech więcej niż przed rokiem i o dwudziestu więcej niż przed pięciu laty. Co ciekawe, ponad połowa z nich formowała się we wspólnotach, takich jak Wspólnota św. Marcina (26) czy Emmanuel (8). To wspólnoty dają dziś powołania – stwierdzili biskupi francuskiej Konferencji Episkopatu.

Identycznie jest nad Wisłą. W ostatnich dwóch latach kilkukrotnie głosiłem konferencje w seminariach duchownych. Klerycy, z którymi rozmawiałem, formowali się dotąd we wspólnotach i na furtę seminarium trafiali z grup oazowych czy Odnowy w Duchu Świętym. „Wieś – słyszałem wielokrotnie – nie daje już powołań. Te rodzą się przede wszystkim we wspólnotach”.

​Zerkam na twarze młodych, którzy zostali jeszcze w Kościele. Znam je! Skąd? Ze wspólnot. Patrzę na dzieci, które przystępują do Wczesnej Komunii św. (znakomita praktyka pielęgnowana na Górnym Śląsku!). To w ogromnej części pociechy znajomych, których znam z formacji we wspólnotach.

Jak w ulu

Góra Świętej Anny (408 m n.p.m.). W tym roku zorganizowano już trzy turnusy rekolekcji „Jezus żyje!” (a przecież jeszcze na początku czerwca nie wiadomo było, czy będzie można wyjechać na rekolekcje). To ośrodki rekolekcyjne są papierkiem lakmusowym ukazującym dynamikę wspólnot. Wystarczy zerknąć na spis lokatorów.

W największym w Polsce kolosie z Anabergu przed pandemią panował ruch jak w ulu. Na niektóre rekolekcje zapisy trwały… 5 minut, bo potem nie można było znaleźć wolnych miejsc. Grafik był szczelnie wypełniony, a brat Dominik Grochla (człowiek, który trzyma potężny pęk kluczy i zna tu każdy kąt) opowiadał: „Ten dom cały chodzi, tu widać Kościół w całej różnorodności. Wspólnota za wspólnotą. Ileż ja świadectw tu słyszałem! Modlitwa głośna i cicha, charyzmatyczna i brewiarzowa. Do wyboru, do koloru. Dorośli modlą się, śpiewają, dzieci grają w ping-ponga. Nie przeszkadza mi to. Na »Annie« widać, jakie znaczenie mają dziś wspólnoty. To one organizują aż 57 proc. rekolekcji (franciszkanie przygotowują 15 proc., a reszta to odpusty i spotkania o charakterze pozareligijnym)”.

Jeszcze przed dwoma laty kuchnia pracowała pełną parą, a ekipa była w stanie wydać tysiąc obiadów na godzinę. Na szczęście po czasie pandemicznej zapaści wszystko wróciło do normy, kolos w połowie czerwca wybudził się z letargu, a reklama: „Jeszcze nie jadłeś tak smacznie jak w Domu Pielgrzyma” w praktyce pokazała, że dewiza „przez żołądek do serca” nie jest pustą metaforą.

W lipcu potężna aula ożyła, a mury ośrodka słyszały szczere modlitwy, pieśni chwały i poruszające konferencje. Na trzy turnusy rekolekcji „Jezus żyje” zjechali ludzie, którzy na co dzień formują się we wspólnotach odnowy Kościoła.

Gdy wystukuję na klawiaturze te słowa, na „Annie” swój turnus rozpoczynają Obdarowani, których liderzy formują się na co dzień w podobnych grupach (m.in. w istebniańskim Ogniu Bożym). Celowo przywołuję przykład największego domu rekolekcyjnego w kraju, by pokazać skalę zjawiska.

Spory ośrodek w Kiczycach niedaleko Skoczowa. Tydzień po tygodniu wypełniają go: krakowski Głos na Pustyni, Metanoia, Diakonia Świętej Rodziny. Podobny rozkład jazdy mają ukryte wśród beskidzkich wzgórz Zembrzyce: wspólnota Dom w Ramionach Ojca, Kahal (ze względu na obostrzenia wodzisławska ekipa mogła zabrać jedynie 180 osób, choć dotąd przez siedem lat przyjeżdżało ich o sto więcej), wspólnoty Odnowy z Zagłębia. W tym czasie ponad 250 osób z Miasta na Górze uczestniczyło w rekolekcjach zorganizowanych w wielkiej szkolnej auli na bielskim os. Karpackim (konferencje głosił m.in. bp Andrzej Siemieniewski).

Ktoś zapyta: po co ta rozpiska? Może po to, by pokazać, że hasło „martwy Kościół” znakomicie sprawdza się w mediach, ale nie ma nic wspólnego z rzeczywistością? Pamiętajmy, że opisuję czas zawieszenia (jeszcze w maju słyszałem od organizatorów jedno słowo „czekamy”), gdy obostrzenia mocno dały wspólnotom w kość (forma online dokonała spustoszeń, bo ile razy można spotykać się na uwielbieniu przed komórką?), a nieprzewidywalność, która skutecznie uniemożliwia precyzyjne planowanie, stała się cechą dwóch ostatnich lat duszpasterstwa. Mikroskopijny wirus mocno „przeorał” jego model.

Wspólnota? A po co?

Jezus nauczał dorosłych i błogosławił dzieci, a my… robimy odwrotnie – słyszałem wielokrotnie. Dziś to wspólnoty są miejscami formacji. Pierwsze parafie były wspólnotami, w których ludzie spotykali się na łamaniu chleba, a dynamizm pierwszego Kościoła brał się z realnego doświadczenia spotkania z Jezusem. Powadziła do tego konkretna droga: do 3,5 roku katechumenatu (to było absolutne minimum, by ktoś mógł zostać dopuszczony do chrztu). System „posypał się”, gdy po decyzjach Konstantyna i Teodozjusza chrześcijaństwo uznano w Imperium Romanum za religię państwową. Ponieważ bycie chrześcijaninem „zaczęło się opłacać”, proces zdusił katechumenat. Dziś to we wspólnotach można odkryć wartość wód chrztu, w których zostaliśmy zanurzeni.

Czy wspólnota jest do zbawienia koniecznie potrzebna? – zapytałem bernardyna o. Cypriana Moryca (historyka sztuki i wieloletniego duszpasterza): – Tak – roześmiał się. – Jesteśmy przecież stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, który jest wspólnotą miłujących się osób. Wielu mówi: „Po co mi wspólnota?”. Wygodnie przyjąć taką postawę. Jestem na dystans, mam swój światek. To bardzo egoistyczne, nie widzę cierpień drugiego człowieka, jego pragnień, nie słyszę jego wołania, nie poddaję się oczyszczeniu przez braci.

Już kilkanaście lat temu usłyszałem od niego śmiałą (i jak się okazało: proroczą) intuicję: – Nie zgadzam się z opinią o silnym rodzimym katolicyzmie. To mit. Wiele naszych parafii, zwłaszcza w dużych miastach, to sypialnie. Ktoś zapyta, co może zrobić mała wspólnota na ogromnym blokowisku. Może promieniować, być zaczynem, nadawać smak.

Czy nie o tym pisał przed laty kard. Ratzinger: „Zagubieni ludzie odkryją wówczas, być może, w małej garstce chrześcijan coś zupełnie nowego: nadzieję, której pragnęli, odpowiedź, której w skrytości serca zawsze szukali”.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama