Znacie państwo określenie mamusi syneczek? Albo córeczka tatusia?
To dzisiaj dodamy do niego jeszcze jedno – w przeciwieństwie do tamtych pozytywne – godna potomkini. Zasługująca na szacunek, nie dlatego, że bogato urodzona czy świetnie wykształcona. Nie, nie. Katarzyna Szwedzka warta jest naszej uwagi i chwały ołtarzy, bo rozpoznała w swojej mamie, Brygidzie, realizowane z mocą powołanie do świętości, któremu zdecydowała się służyć. No może w podjęciu tej ostatecznej decyzji trochę pomogły Katarzynie okoliczności. Wszak została ona zgodnie z XIV-wiecznym zwyczajem wydana za szlachetnego rycerza i to jemu, a nie mamie ślubowała wierność. Gdy jednak w roku 1350 udała się razem ze św. Brygidą do Rzymu po odpust zupełny z okazji roku jubileuszowego, to w drodze dotarła do niej tragiczna wiadomość o śmierci męża. Ponieważ nie mieli dzieci, nie miała też do kogo wracać, została więc z mamą. Przez kolejne 25 lat działała charytatywnie, ale przede wszystkim pomagała św. Brygidzie w założeniu i utrwaleniu nowej rodziny zakonnej. Z mamą odbywała pielgrzymki do miejsc świętych i to na jej rękach w roku 1373 św. Brygida umarła po trudach drogi do Ziemi Świętej. Katarzyna udała się wtedy do Szwecji, gdzie wstąpiła do klasztoru w Vadstena i tam też złożyła relikwie swej rodzicielki, a także założycielki brygidek. Katarzyna Szwedzka do końca życia czyniła starania o jej kanonizację, przy okazji sama się uświęcając. Dlatego wspominamy ją dzisiaj jako świętą córkę świętej Brygidy.