107,6 FM

Wielkanoc w cieniu rakiet. „Kiedy jesteśmy razem, schron jest pełen światła”

Syreny alarmowe przerywają dzień i noc. Minuta – tyle czasu mają, by zejść do schronu. A jednak właśnie tam, pod ziemią, gromadzą się na modlitwie. Chrześcijanie w Ziemi Świętej przeżywają Wielkanoc w cieniu wojny. – Życie jest silniejsze niż strach – mówi ks. Piotr Żelazko.

 

Syrena przecina ciszę. Nie tę zwyczajną – miejską, pełną kroków i rozmów – ale ciszę napięcia, w której każdy dźwięk może oznaczać zagrożenie.

– To już nie pierwsza wojna, którą tutaj przeżywam, ale zdecydowanie najdłuższa – mówi ks. Piotr Żelazko, wikariusz Patriarchatu Łacińskiego Jerozolimy dla katolików języka hebrajskiego. – Nasza codzienność jest przerywana przez syreny. Kilka razy w nocy, wiele razy w ciągu dnia. Trzeba zejść do schronu.

Życie jednak się nie zatrzymuje.

Sklepy są otwarte. Autobusy jeżdżą. Na chwilę można zapomnieć, że trwa wojna. Do momentu, gdy znów zawyje alarm.

W takich warunkach chrześcijanie w Ziemi Świętej przeżywają najważniejsze dni roku liturgicznego.

– Smutne święta, bo trudno świętować, kiedy spadają rakiety – przyznaje kapłan. – Ale to są też święta nadziei. Wierzymy, że życie jest silniejsze niż śmierć.

W wielu miejscach liturgia została ograniczona. Wierni mogą gromadzić się tylko w niewielkich grupach. W każdej chwili wszystko może zostać przerwane.

W Hajfie, gdzie przebywa ks. Żelazko, od kościoła do schronu jest minuta drogi.

– W razie syren przerywamy liturgię i schodzimy pod ziemię – mówi.

Czasem jednak to właśnie schron staje się miejscem modlitwy.

W Tel Awiwie, w ogromnym schronie pod dworcem autobusowym, od tygodni mieszkają całe rodziny. Namioty, dzieci, codzienność przeniesiona pod ziemię.

To właśnie tam kapłan odprawiał liturgię Niedzieli Palmowej. Tam też będzie celebrował Mszę Zmartwychwstania.

– Nie jadę tam, żeby dawać nadzieję. Jadę, żeby ją samemu otrzymać – mówi.

Opowiada o spotkaniu z rodzinami emigrantów.

– Jedna mama przyniosła truskawki, inna upiekła ciasto, ktoś zrobił kawę. Oni mają bardzo mało, a dzielą się wszystkim.

I dodaje:

– Kiedy jesteśmy razem, nawet ciemny schron jest pełen światła.

Rakiety nie pytają o wyznanie.

– Nie rozróżniają, kto jest Żydem, kto muzułmaninem, a kto chrześcijaninem – mówi ks. Żelazko.

W Be’er Szewie jedna z rodzin należących do wspólnoty straciła dom. Eksplozja zniszczyła okna, meble, całe otoczenie.

– Najważniejsze, że byli w schronie. Żyją.

Ale strach pozostał.

– Dzieci nie śpią w nocy. Mama boi się wyjść z domu. Tego nie da się łatwo odbudować.

Po wydarzeniach z 7 października pojawiły się napięcia. Także w relacjach międzyreligijnych.

– Zaufanie zostało naruszone. Będzie trzeba lat, żeby je odbudować – przyznaje kapłan.

A jednak wojna w pewien sposób jednoczy.

– Kiedy wyje syrena, wszyscy jesteśmy równi. Wszyscy biegniemy do schronu.

I wspomina:

– Byłem kiedyś na kolacji szabatowej u znajomej rabinki. Nagle alarm. Zeszliśmy razem do schronu. Ksiądz i rabin – tylko nie do baru, ale pod ziemię.

Chrześcijanie w Izraelu to zaledwie około dwóch procent społeczeństwa. Katolicy – jeszcze mniej.

Wikariat dla katolików języka hebrajskiego to około tysiąca osób.

– Mała wspólnota ma swoje piękno – mówi ks. Żelazko. – Każdy zna każdego. Jak kogoś nie ma w niedzielę, dzwonimy, pytamy, czy nie jest chory.

Ale to także ogromne wyzwania.

– Trzeba zadbać o wszystko: o księży, o ubezpieczenia, o miejsca modlitwy. Bez pomocy z zewnątrz nie damy rady.

W tym roku szczególnego znaczenia nabrała wielkopiątkowa kolekta na rzecz Ziemi Świętej.

– Dla wielu osób to tylko gest – wrzucenie banknotu. Ale za tym stoją konkretni ludzie, konkretne historie – podkreśla kapłan.

Dzięki tej pomocy udało się m.in. kupić laptopy dla dzieci, które uczą się zdalnie, czy opłacić leczenie chorego.

– To naprawdę ratuje życie.

Wojna zatrzymała pielgrzymów.

– Jeszcze niedawno Jerozolima znów się wypełniała. Teraz jest pusto – mówi ks. Żelazko.

Zamknięte przestrzenie powietrzne, odwołane loty, brak turystów.

– To smutny obraz. Liczymy, że wszystko wróci, że znów zabrzmią pieśni pielgrzymów.

Na koniec rozmowy kapłan pokazuje coś niezwykłego.

W dłoni trzyma fragment rakiety, który podniósł z ziemi w miejscu uderzenia.

– To dla mnie znak, że się nie wystraszymy – mówi.

I dodaje słowa, które brzmią jak wielkanocne przesłanie z Jerozolimy:

– Życie jest silniejsze od śmierci. Miłość jest silniejsza od śmierci.

– Macie w życiu swoje „odłamki rakiet”, które próbują Was zniszczyć – mówi ks. Żelazko. – Nie dajcie się. Pan Bóg jest większy od naszych problemów.

I zaprasza:

– Przyjedźcie, kiedy skończy się wojna. Bądźcie z nami w kontakcie. Najważniejsze to nie stracić nadziei.


« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..