Koszyczek z wikliny, jajka barwione w cebuli i droga do kościoła, podczas której trudno było nie podjadać święconego. W Gilowicach i okolicznych miejscowościach wielkanocne tradycje wciąż są żywe – choć niektóre powoli odchodzą.
– Koszyk musiał być z wikliny albo ze słomy, wyłożony białą serwetką – opowiada pani Zofia. – Do środka wkładało się wszystko, co miało swoją symbolikę.
Chleb oznaczał dostatek, wędlina zdrowie i pomyślność, jajka – nowe życie. Był też chrzan, sól i oczywiście baranek – znak zwycięstwa Chrystusa nad śmiercią.
Ale dla dzieci koszyczek miał jeszcze inne znaczenie.
– Kusił – śmieje się jedna z rozmówczyń. – Do kościoła miałam trzy kilometry. Zanim wróciłam, połowy już nie było.
Przygotowania do świąt zaczynały się od jajek.
– Barwiło się w łupinkach cebuli, w burakach, w życie – wspomina pani Krystyna. – Nie było barwników jak teraz, wszystko robiło się samemu.
Jajka ozdabiano także ręcznie.
– Igiełką się wydrapywało wzory, gałązki, kwiatki – dodaje jedna z pań. – Proste, ale piękne.
Wielka Sobota była dniem spokojnym.
– W polu już się nie pracowało od piątku aż do rezurekcji – mówi pani Anna. – W domu tylko ostatnie przygotowania.
Wieczorem rozpoczynała się najważniejsza liturgia w roku – Wigilia Paschalna.
– Było poświęcenie ognia i wody, ksiądz wchodził do ciemnego kościoła z paschałem – wspominają rozmówczynie.
Zanim jednak rozpoczęło się świąteczne śniadanie, dzieci miały swoje zadanie.
– Szukały gniazdek od zajączka – opowiada pani Lidia. – Były tam prezenty, słodycze, jajka.
Gniazdka chowano w ogrodzie, pod krzakami, w drewutni.
– Zajączek nie wchodził do zamkniętych pomieszczeń – śmieją się panie.
Wielkanoc zaczynała się od uroczystego śniadania.
– Stół był nakryty białym obrusem, wykładało się wszystko, co było poświęcone – mówi pani Stefania.
Najważniejszy był moment dzielenia się jajkiem.
– Każdy musiał skosztować święconego. Nie wolno było tego wyrzucić.
Na stole pojawiały się pasztety, jajka, chrzan, baby wielkanocne.
– Obiadu się nie gotowało. Siedziało się przy stole cały dzień – dodają rozmówczynie.
Wielkanocny stół musiał być także pięknie udekorowany.
– Zielone gałązki, bazie, forsycja, narcyzy – wyliczają panie. – To wszystko, co budzi się do życia.
W centrum stołu znajdował się baranek.
– Z chorągiewką i czerwoną wstążką. Symbol zmartwychwstania.
I – jak się okazuje – pierwszy znikał ze stołu.
– Dzieci zawsze zaczynały od głowy – śmieje się jedna z pań.
Pierwszy dzień świąt był czasem dla najbliższych.
– Nie chodziło się w gości i gości się nie przyjmowało – podkreślają rozmówczynie.
Był to czas modlitwy, rodzinnych rozmów i… odpoczynku.
– Nawet naczyń się nie myło. Dopiero w poniedziałek.
Drugi dzień świąt zaczynał się zupełnie inaczej.
– Tata budził nas, polewając wodą jeszcze w łóżku – wspomina pani Genowefa z Woli.
Ale ten zwyczaj miał także głębszy sens.
– Woda była święcona. Ojciec kropił nią dom, gospodarstwo, pole – żeby był urodzaj i ochrona.
Dopiero potem zaczynała się zabawa.
– Chłopcy jeździli na wozach, polewali wszystkich, szczególnie dziewczyny – opowiadają panie. – Było dużo śmiechu.
Choć wiele się zmieniło, część zwyczajów wciąż jest obecna.
– Teraz może jest łatwiej, wszystko można kupić – mówią rozmówczynie. – Ale kiedyś robiło się wszystko samemu.
I choć niektóre tradycje zanikają, inne wracają – choćby w formie zabawy dla dzieci.
– Najważniejsze, żeby pamiętać, skąd to wszystko się wzięło – podkreślają.
Bo Wielkanoc to nie tylko zwyczaje.
To także pamięć, wspólnota i przekazywana z pokolenia na pokolenie historia.
To tradycje z okolic Gilowic, ale również inne regiony mogą poszczycić się bogatym świętowaniem. O tradycjach Górnego Śląska opowiada w audycji dr Robert Garstka z Instytutu im Wojciecha Korfantego w Katowicach.