107,6 FM

Od koszyczka do lanego poniedziałku. Tak świętowano Wielkanoc

Koszyczek z wikliny, jajka barwione w cebuli i droga do kościoła, podczas której trudno było nie podjadać święconego. W Gilowicach i okolicznych miejscowościach wielkanocne tradycje wciąż są żywe – choć niektóre powoli odchodzą.

– Koszyk musiał być z wikliny albo ze słomy, wyłożony białą serwetką – opowiada pani Zofia. – Do środka wkładało się wszystko, co miało swoją symbolikę.

Chleb oznaczał dostatek, wędlina zdrowie i pomyślność, jajka – nowe życie. Był też chrzan, sól i oczywiście baranek – znak zwycięstwa Chrystusa nad śmiercią.

Ale dla dzieci koszyczek miał jeszcze inne znaczenie.

– Kusił – śmieje się jedna z rozmówczyń. – Do kościoła miałam trzy kilometry. Zanim wróciłam, połowy już nie było.

Przygotowania do świąt zaczynały się od jajek.

– Barwiło się w łupinkach cebuli, w burakach, w życie – wspomina pani Krystyna. – Nie było barwników jak teraz, wszystko robiło się samemu.

Jajka ozdabiano także ręcznie.

– Igiełką się wydrapywało wzory, gałązki, kwiatki – dodaje jedna z pań. – Proste, ale piękne.

Wielka Sobota była dniem spokojnym.

– W polu już się nie pracowało od piątku aż do rezurekcji – mówi pani Anna. – W domu tylko ostatnie przygotowania.

Wieczorem rozpoczynała się najważniejsza liturgia w roku – Wigilia Paschalna.

– Było poświęcenie ognia i wody, ksiądz wchodził do ciemnego kościoła z paschałem – wspominają rozmówczynie.

Zanim jednak rozpoczęło się świąteczne śniadanie, dzieci miały swoje zadanie.

– Szukały gniazdek od zajączka – opowiada pani Lidia. – Były tam prezenty, słodycze, jajka.

Gniazdka chowano w ogrodzie, pod krzakami, w drewutni.

– Zajączek nie wchodził do zamkniętych pomieszczeń – śmieją się panie.

Wielkanoc zaczynała się od uroczystego śniadania.

– Stół był nakryty białym obrusem, wykładało się wszystko, co było poświęcone – mówi pani Stefania.

Najważniejszy był moment dzielenia się jajkiem.

– Każdy musiał skosztować święconego. Nie wolno było tego wyrzucić.

Na stole pojawiały się pasztety, jajka, chrzan, baby wielkanocne.

– Obiadu się nie gotowało. Siedziało się przy stole cały dzień – dodają rozmówczynie.

Wielkanocny stół musiał być także pięknie udekorowany.

– Zielone gałązki, bazie, forsycja, narcyzy – wyliczają panie. – To wszystko, co budzi się do życia.

W centrum stołu znajdował się baranek.

– Z chorągiewką i czerwoną wstążką. Symbol zmartwychwstania.

I – jak się okazuje – pierwszy znikał ze stołu.

– Dzieci zawsze zaczynały od głowy – śmieje się jedna z pań.

Pierwszy dzień świąt był czasem dla najbliższych.

– Nie chodziło się w gości i gości się nie przyjmowało – podkreślają rozmówczynie.

Był to czas modlitwy, rodzinnych rozmów i… odpoczynku.

– Nawet naczyń się nie myło. Dopiero w poniedziałek.

Drugi dzień świąt zaczynał się zupełnie inaczej.

– Tata budził nas, polewając wodą jeszcze w łóżku – wspomina pani Genowefa z Woli.

Ale ten zwyczaj miał także głębszy sens.

– Woda była święcona. Ojciec kropił nią dom, gospodarstwo, pole – żeby był urodzaj i ochrona.

Dopiero potem zaczynała się zabawa.

– Chłopcy jeździli na wozach, polewali wszystkich, szczególnie dziewczyny – opowiadają panie. – Było dużo śmiechu.

Choć wiele się zmieniło, część zwyczajów wciąż jest obecna.

– Teraz może jest łatwiej, wszystko można kupić – mówią rozmówczynie. – Ale kiedyś robiło się wszystko samemu.

I choć niektóre tradycje zanikają, inne wracają – choćby w formie zabawy dla dzieci.

– Najważniejsze, żeby pamiętać, skąd to wszystko się wzięło – podkreślają.

Bo Wielkanoc to nie tylko zwyczaje.

To także pamięć, wspólnota i przekazywana z pokolenia na pokolenie historia.

To tradycje z okolic Gilowic, ale również inne regiony mogą poszczycić się bogatym świętowaniem. O tradycjach Górnego Śląska opowiada w audycji dr Robert Garstka z Instytutu im Wojciecha Korfantego w Katowicach.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..