W życiu nieustannie musimy wybierać. I jest w nas pokusa, by pójść na łatwiznę.
By za wszystkie trudne doświadczenia w naszym życiu winić Boga, a z talentów, którymi zostaliśmy obdarzeni, zrobić jedynie osobisty użytek. Józef Moscati, mieszkaniec Włoch końca XIX i początku XX wieku, również nie był wolny od tych dylematów. Skoro jednak go dzisiaj wspominamy, to znaczy, że wybrał dobrze. Choć studiował medycynę w Neapolu, mając za wykładowców wielkich naukowców-ateistów, nie pomieszał wiedzy ze światopoglądem. Choć swój wybitny umysł poświęcił naukowym badaniom, nie zaniedbał codziennej Eucharystii i Komunii św. Choć jego koledzy z uniwersytetu często kpili z jego religijności, nie wchodził z nimi w słowne utarczki. Zwykł wtedy mawiać : "Dajcie spokój! Jesteśmy przecież chrześcijanami! Pozwólmy działać Panu Bogu". Choć pracował w szpitalu jako ordynator, w swoim domu, po godzinach pracy i całkowicie za darmo, przyjmował wszystkich pacjentów. Choć był dobrą partią do wzięcia, nigdy się nie ożenił. Nie chciał, by jego rodzina cierpiała na skutek jego całkowitego oddania się pracy. Bo zawód lekarski traktował jako powierzoną sobie od Pana Boga specjalną misję. Zmarł w wieku 47 lat, w roku 1927, w swoim własnym gabinecie w Neapolu, w przerwie między jedną, a drugą pracą. Św. Józef Moscati, lekarz o wielkiej wiedzy, ale jeszcze większym sercu otwartym na Boga i ludzi.