Według żywotu z VIII wieku, św. Florian urodził się około 250 roku w Zeiselmauer w Dolnej Austrii. Szybko trafił do armii i błyskawicznie awansował na dowódcę oddziału stacjonującego w Mantem.
Podczas prześladowania chrześcijan przez Dioklecjana publicznie stanęła kwestia jego wiary. Został aresztowany wraz z 40 żołnierzami i przymuszony do złożenia ofiary bogom. Ponieważ odmówił, wychłostano go, poddano torturom i 4 maja 304 w rzymskim obozie w Lorch koło Wiednia, utopiono przywiązawszy mu kamień u szyi. Tak oto ciało Floriana i świadectwo jego wierności Chrystusowi miało na wieki przepaść w nurtach rzeki Enns i historii. Nie przepadło jednak, gdyż Prawda – prędzej lub później – zawsze jednak wypłynie na powierzchnię. Ciało Floriana zatem znaleziono, pochowano, nad jego grobem wystawiono z czasem klasztor i kościół benedyktynów, a miejscowość St. Florian do dzisiaj jest ośrodkiem życia religijnego w Górnej Austrii. Tyle historii św. Floriana, który za życia nie miał nic wspólnego z pożarami ani z ich gaszeniem. Jak zatem przypadła mu w udziale ta "niebiańska fucha". Ano, gdy do Krakowa trafiły relikwie tego świętego, a kościół w którym je z czcią przechowywano jako jedyny ocalał z pożaru miasta w roku 1528, wtedy stało się dla wszystkich jasne, że kto za to odpowiada. Pochodzący z Austrii rzymski legionista z III wieku, św. Florian. I tak już zostało.