Spektakularne sukcesy potrafią nam mocno zaburzyć obraz nas samych. Łatwo nam wtedy uwierzyć w naszą omnipotencję i nieomylność.
Na całe szczęście mamy dziś w liturgicznym kalendarzu wspomnienie kogoś, kto swoim orędownictwem w niebie może nam pomóc złapać balans między sukcesem, a rzeczywistością. To św. Grzegorz Jan Barbarigo, wenecki arystokrata, który w XVII wieku wspiął się na szczyt kościelnej kariery więcej niż błyskawicznie. Dwa lata po święceniach już został biskupem Bergamo, a dalsze trzy przyniosły mu godność kardynała. Ale nie była to kariera na dopingu, bo kardynał Barbarigo, zanim osiągnął w hierarchicznym Kościele wszystko, wcześniej przez 20 lat pilnie trenował, nabywając stosownej wiedzy z zakresu filozofii i teologii, łaciny i greki, prawa rzymskiego i kościelnego, literatury, muzyki i matematyki, astronomii, geografii i kartografii, Pisma Świętego oraz dziejów Kościoła. I to ta wiedza pozwoliła mu nie tylko wysoko postawić sobie poprzeczkę w sprawowaniu obowiązków biskupa Bergamo, a następnie Padwy. Ona dała mu także uczciwy wgląd w to, w czym Kościołowi może służyć, co jest jego – św. Grzegorza Jana Barbarigo - mocną stroną, a co słabością. Dlatego, gdy dwukrotnie na kolejnych konklawe wybierano go papieżem, to dwukrotnie odmawiał. Znać granice swoich możliwości i dawać z siebie wszystko tym, za których jest się odpowiedzialnym – to recepta na świętość tego zmarłego w 1697 roku spełnionego kapłana, biskupa, kardynała.