Jaką drogę do świętości pokonał Romuald z Camaldoli?
"Nazajutrz, zaopatrzywszy się w listy księdza prymasa, zadzwonił pan Zagłoba do furty klasztornej. Serce biło mu mocno na myśl, jak go przyjmie pan Wołodyjowski. Pociągnął za dzwonek (…) klucz zaskrzypiał w zamku, furta odchyliła się nieco. Pokazał się Wołodyjowski, czy raczej brat Jerzy, (…) w długim, białym habicie (…), z głową spuszczoną i ukrytą pod kapturem." Co było dalej musicie państwo doczytać sami, bo nas interesuje owo miejsce, które Mały Rycerz wybrał, by ukryć się przed bólem po śmierci ukochanej. Otóż miał on w planach zostać kamedułą. Ale gdyby 600 lat wcześniej – około wieku XI – trafił on na św. Romualda z Camaldoli, założyciela kamedułów, odszedłby z pustelni z kwitkiem. Bo żadną miarą dzisiejszy patron nie szukał przez całe swoje długie życie miejsca dogodnego do ucieczki przed światem. Jego celem było raczej znalezienie przestrzeni, w której możliwe byłoby większe skupienie na relacji z Bogiem. Większe niż na rodzinnym królewskim dworze. Większe niż w klasztorze benedyktynów. Tak duże, że kameduli wyszli z cel zakonnych i zaczęli mieszkać w osobnych, małych domkach, żyć z tego, co wyhodowali na przydomowych, maleńkich poletkach, zachowywać stałe milczenie, nieustannie kontemplować Boga. Wspólnie zaś spotykali się tylko na brewiarzowej modlitwie i Eucharystii. Taką drogą doszedł do świętości Romuald z Camaldoli, ale nie jest to droga dla każdego. Dla Michała Wołodyjowskiego na ten przykład - nie była.