Ponad 55 metrów wysokości, niewielka wieś i monument, o którym w ostatnich tygodniach mówi cała Polska. Figura Matki Bożej Miłosiernej w Konotopiu budzi zachwyt, ale także pytania o gigantomanę, sens wydawania pieniędzy i granice religijnej ekspresji.
W niewielkim Konotopiu stanął monument, który trudno przeoczyć. Ponad 55 metrów wysokości czyni go jednym z największych maryjnych pomników w Europie. Powstał z prywatnych pieniędzy małżeństwa Grażyny i Romana Karkosików i – według ich deklaracji – jest przede wszystkim wyrazem wdzięczności za ocalenie życia. Zanim jednak pielgrzymi zdążyli na dobre pojawić się pod figurą, w internecie rozpoczęła się burzliwa dyskusja. Gigantomania, bałwochwalstwo, marnowanie pieniędzy – to tylko niektóre z określeń. Tyle że historia tego miejsca jest znacznie ciekawsza niż internetowy spór o wielkość pomnika.
Konotopie to niewielka miejscowość w województwie kujawsko-pomorskim. Liczy około 120 mieszkańców. Trudno byłoby znaleźć ją na pierwszych stronach gazet, gdyby nie monument Matki Bożej Miłosiernej, który wyrósł w tej spokojnej okolicy.Ponad 55 metrów wysokości sprawia, że figura dominuje nad okolicą. Nie jest dyskretna. Nie próbuje zniknąć w krajobrazie. Przeciwnie – ma być widoczna. I jest. Właśnie ta skala stała się jednym z głównych powodów krytyki.
Franciszek Kucharczak, redaktor „Gościa Niedzielnego”, pojechał do Konotopia, gdy o monumentach i sporach wokół niego było już głośno. Przyznaje, że sam nie miał wcześniej jednoznacznej opinii.Na zdjęciach figura nie zrobiła na nim szczególnego wrażenia. Wydawała mu się zbyt schematyczna. Do tego dochodziły informacje o zarzutach: że monument jest przejawem gigantomanii, że jest niepotrzebny, a pieniądze można było wykorzystać w inny sposób.Dopiero pobyt na miejscu zmienił jego perspektywę.Kiedy wysiadł z samochodu, spojrzał na twarz Maryi.– Ona jest piękniejsza niż na zdjęciach – przyznał.Jeszcze większe wrażenie zrobiła na nim figura oglądana z bliska. Żeby zobaczyć twarz Maryi, trzeba wysoko podnieść głowę. Ogrom monumentu powoduje, że postać wygląda inaczej w zależności od miejsca, z którego się na nią patrzy.Ale najważniejszym odkryciem nie była sama figura.Byli nim ludzie.Kucharczak zobaczył rodziny siedzące na ławkach, pojedyncze osoby i – co szczególnie zwróciło jego uwagę – ludzi modlących się spontanicznie. Bez programu, bez grupy pielgrzymkowej, bez organizatora.To ważny szczegół.Bo może się okazać, że ostateczną odpowiedzią na pytanie o sens tego miejsca nie będą ani komentarze zwolenników, ani komentarze przeciwników. Odpowiedź przyniosą ci, którzy po prostu zaczną tam przyjeżdżać.
Wokół wielkich katolickich monumentów w Polsce od lat pojawiają się podobne emocje. Wystarczy przypomnieć dyskusje, które towarzyszyły pomnikowi Chrystusa Króla w Świebodzinie. Schemat jest podobny: ogromny rozmiar, prywatne pieniądze, religijny charakter i pytanie, czy przestrzeń publiczna potrzebuje aż tak wyrazistego znaku wiary.Ale w przypadku Konotopia jest jeszcze jeden element. To nie jest inwestycja państwowa ani samorządowa. Monument został ufundowany przez prywatnych darczyńców.To istotna informacja, bo część krytyki sprowadza się do pytania: czy można było te pieniądze przeznaczyć na coś innego?Oczywiście, że można było. Tylko że prywatny dar ma swoją specyfikę. Jeżeli ktoś za własne środki finansuje przedsięwzięcie, które uważa za ważne, pytanie o jego sens jest czymś innym niż zarzut o marnowanie publicznych pieniędzy. Można krytykować projekt. Można dyskutować o jego estetyce. Można nie rozumieć potrzeby budowania tak wielkiej figury. Ale warto najpierw znać historię, zanim wyda się wyrok.
Za figurą stoją Grażyna i Roman Karkosikowie. Jak wynika z relacji przedstawionych przez Franciszka Kucharczaka, decyzja o budowie monumentu wiąże się z doświadczeniem choroby Romana Karkosika. Biznesmen przed laty doznał rozległego udaru. Według relacji przekazanych dziennikarzowi sytuacja była bardzo poważna, a lekarze mieli mieć niewielkie nadzieje na jego przeżycie. Rodzina modliła się za jego zdrowie. Ważną rolę odgrywała w tej modlitwie Matka Boża Bolesna czczona w pobliskim sanktuarium. Karkosik przeżył i wrócił do względnej sprawności.Dla jego rodziny nie był to tylko medyczny epizod. Stał się doświadczeniem, które zostało odczytane w kategoriach wiary i wdzięczności. Dlatego powstała figura. Nie po to, by pokazać majątek.Nie po to – przynajmniej według deklaracji fundatorów – by stworzyć kolejną atrakcję turystyczną.Ma być wotum wdzięczności za życie. Grażyna Karkosik podczas uroczystości poświęcenia mówiła o „darze serca” i wdzięczności wobec Matki Bożej. Podkreślała także świadomość przemijania i pragnienie pozostawienia po sobie czegoś dobrego. To właśnie ten kontekst często ginie w internetowych dyskusjach.
W przestrzeni publicznej pojawiają się szacunki mówiące nawet o około 100 milionach złotych. Trzeba jednak bardzo wyraźnie zaznaczyć: nie ma oficjalnych danych potwierdzających tę kwotę. Dlatego nie należy przedstawiać jej jako pewnego kosztu budowy. Wiadomo natomiast, że przedsięwzięcie zostało sfinansowane prywatnie .Wiadomo również, że Karkosikowie od lat angażują się w działalność dobroczynną. Jak wynika z informacji zebranych przez Kucharczaka, wspierali między innymi szpitale, zakup sprzętu medycznego oraz różnego rodzaju lokalne inicjatywy społeczne i religijne.W pobliżu monumentu znajduje się także kościół, którego budowę wsparł Roman Karkosik .Nie zmienia to faktu, że można dyskutować o sensie wydawania dużych pieniędzy na religijne monumenty. Ale uczciwa dyskusja wymaga przedstawienia pełnego obrazu.
To chyba najtrudniejsze pytanie. Czy wielkość monumentu jest przesadą?Dla jednych tak .Dla innych właśnie rozmiar ma znaczenie. Monument ma być znakiem, który widać z daleka. Ma przypominać o obecności Maryi i chrześcijaństwa. Nie istnieje jedna obiektywna miara, która pozwoliłaby rozstrzygnąć, ile metrów może mieć „właściwa” figura religijna. Można więc powiedzieć: 55 metrów to za dużo. Ale równie dobrze można powiedzieć: właśnie o taką skalę chodziło. Wolność religijna nie kończy się przecież na prywatnej modlitwie w domu. Religia od wieków tworzy także przestrzeń: kościoły, kaplice, krzyże, sanktuaria, obrazy i pomniki. Pytanie brzmi raczej, dlaczego akurat dzisiaj wielki znak religijny wywołuje tak gwałtowne emocje. I tutaj Konotopie staje się czymś więcej niż lokalną ciekawostką.
Można odnieść wrażenie, że współczesny spór o monumenty rzadko dotyczy wyłącznie monumentów.Dotyczy tego, co wolno pokazywać w przestrzeni publicznej.Dotyczy także stosunku do religii.Jeżeli pomnik jest religijny, natychmiast pojawiają się pytania o jego zasadność. Jeżeli jest ogromny – o megalomanię. Jeżeli kosztowny – o sens wydawania pieniędzy.Być może dlatego reakcje są tak silne.Bo wielka figura Maryi nie jest neutralnym elementem krajobrazu. Jest deklaracją.I właśnie dlatego jednych przyciąga, a innych drażni.
W całej tej historii jest pewien paradoks.Największym skarbem Konotopia może okazać się wcale nie największa figura.Niedaleko znajduje się niewielkie sanktuarium Matki Bożej Bolesnej. Czczona jest tam ludowa figura przedstawiająca Maryję z martwym Jezusem na kolanach – rodzaj Piety.Jej historia sięga około półtora wieku.Według przekazu przywołanego przez proboszcza, figura pojawiła się w związku z historią córki ewangelika, która miała mieć sen dotyczący swojego zdrowia. Jej ojciec miał następnie ufundować kapliczkę.
Przez lata przychodzili tam ludzie.W czasie wojny kaplica została zniszczona przez Niemców, ale mieszkańcy zdołali ocalić figurę. Po wojnie powróciła na swoje miejsce.Dziś, dzięki wsparciu Karkosików, ma godne miejsce kultu.I właśnie tutaj pojawia się być może najciekawszy element całej historii.Wielka Maryja może przyciągnąć ludzi do małego sanktuarium.Pielgrzym przyjedzie zobaczyć monumentalną figurę, a kilka minut później znajdzie się przed niewielką, ludową Pietą, która przez dziesięciolecia była dla ludzi miejscem modlitwy.To zestawienie jest niezwykłe.55 metrów nowego znaku wiary obok około 150 lat historii cichego kultu.
Czy Konotopie stanie się miejscem pielgrzymkowym?
Tego jeszcze nie wiadomo.Monument został poświęcony niedawno. Potrzeba czasu, żeby ocenić,
czy rzeczywiście powstanie tutaj większy ruch pielgrzymkowy.Jeżeli tak się stanie, niewielka miejscowość może się zmienić.Pielgrzymi potrzebują parkingów, miejsc odpoczynku, gastronomii, noclegów, punktów informacji. Pojawienie się ruchu turystycznego może więc oznaczać również nowe możliwości dla lokalnej społeczności.W tym sensie wielka figura może mieć konsekwencje, których dziś jeszcze nie widać.Nie tylko religijne.Także społeczne i gospodarcze.
Można nie zachwycać się figurą. Można uważać, że jest za duża.Można mieć wątpliwości dotyczące jej formy Ale zanim nazwie się ją gigantomaną, warto poznać jej historię.Bo w Konotopiu nie chodzi wyłącznie o 55 metrów betonu, konstrukcji i figury. Chodzi o człowieka, który przeżył ciężki udar. O rodzinę, która modliła się o jego zdrowie. O wdzięczność, którą fundatorzy chcieli wyrazić w bardzo konkretny sposób. O pieniądze prywatnych osób. O niewielką miejscowość, która może właśnie znalazła się na pielgrzymkowej mapie Polski.I wreszcie o małe sanktuarium, które przez lata pozostawało poza głównym nurtem zainteresowania. Być może więc warto odwrócić pytanie. Nie: „Po co komu aż 55-metrowa Maryja?”Ale: „Co wydarzy się wokół niej?”Czy powstanie nowe miejsce pielgrzymkowe? Czy mieszkańcy skorzystają na napływie odwiedzających? Czy wielki monument rzeczywiście przyciągnie ludzi do starego sanktuarium? I czy za kilka lat będziemy jeszcze pamiętać o internetowej wojnie wokół jego powstania?Na te pytania odpowie już nie Facebook i nie komentarze. Odpowie czas.
...a przede wszystkim lokalna, sprawy, które cieszą, martwią, niepokoją, bulwersują, decyzje, które zmienią nasze miasta, region a może nasze życie.
Zapraszamy do tych rozmów gości, którzy mają coś do powiedzenia: eksperci wyjaśniają, politycy się tłumaczą…
Trzymamy rękę na pulsie.