Wiedziała, że Maksymilian jedzie do Lourdes. Dlatego napisała list. Podziękowanie dla Maryi. Dała go Maksowi z prośbą, żeby wrzucił go do skrzynki z intencjami w Lourdes.
Sama nie mogła tutaj być. Ale miała za co dziękować. Jej historia z Matką Bożą z Lourdes zaczęła się w czasie choroby taty. Potrzebował pomocy. Aneta modliła się wtedy właśnie do Niej, do Maryi. Prosiła o znalezienie dla taty miejsca w hospicjum, w którym będzie otoczony dobrą opieką.
To wtedy właśnie zobaczyła w internecie księdza, który na portalu społecznościowym pisał, że jedzie do Lourdes i prosi, by zostawiać w komentarzach intencje. Aneta zostawiła tylko jedną: prośbę o miejsce w Hospicjum. Wkrótce pomyślała, by zadzwonić do osoby, z którą nie łączyły ją tak bliskie kontakty, a jednak zaryzykowała, bo coś jej mówiło, że to dobry adres. Dzięki tej rozmowie znalazła Hospicjum Cordis. Wiedziała, że to dzięki Maryi z Lourdes, ale dopiero, kiedy przejeżdżała z tatą przez bramę miłosierdzia zrozumiała, że nie jest tu przypadkiem, albo na skutek zrządzenia losu. „To było niesamowite, weszłam do sekretariatu w Hospicjum, a tam stała figurka ukazująca ten właśnie wizerunek. Ja po prostu się popłakałam". Pomyślała, że to nie przypadek. Że to właśnie Ona prowadziła ich w tej historii. A chwilę później zobaczyła jeszcze jedną rzecz. Przy każdym pokoju wisiała tabliczka z jego nazwą. Pokój jej taty był pokojem Matki Bożej z Lourdes. Dziś Aneta nie przyjechała do Lourdes. Przyjechał za to Maksymilian. Jej wychowanek. I to właśnie jemu powierzyła swój list. Maks zabrał więc ze sobą nie tylko własną radość z pielgrzymowania. Zabrał także czyjeś „dziękuję". „ Maksiu dzisiaj też żyje tą radością, cieszy się. Maryja, Maryja... On jest po prostu cudowny. To też takie dziecko Maryjne – mówi Aneta."
A w Lourdes takich historii jest więcej. Jedną z nich przywozi ze sobą Krzysztof Procel. Do tego miejsca wraca już po raz piąty. Kiedy pytam go, ile przez te lata kosztowało go pielgrzymowanie z rodziną, nie potrafi podać dokładnej kwoty. Zresztą nie bardzo chce ją liczyć." Mam taką zasadę, którą wpajam również zawsze moim dzieciom, że jak coś dajesz, to nie licz, żeby ci się nie zdawało, że dużo dałeś. A jak coś otrzymujesz, to pamiętaj.
Dla niego te pieniądze nie są wydatkiem. Są inwestycją. Tutaj zainwestował już na przestrzeni 10 lat powyżej 150 tysięcy złotych. Dlaczego? Bo, jak mówi, inwestycja w tę duchowość jest naprawdę warta i ona się nigdy nie będzie starzeć, tylko będzie pomnażać się, rozwijać się.
Pierwszy raz przyjechał do Lourdes z żoną. Potem uznał, że warto zabrać tutaj także najbliższych. Rodzina zaczęła się powiększać. Najpierw było ich dwoje, potem czworo, później przyjeżdżali już większą grupą: Krzysztof z żoną, córka z mężem i dwóch chłopaków, wnuki. Za wszystkich płaci dziadek, bo dzisiaj pielgrzymowanie jest dla niego szczególnie ważne.
Jego żona choruje na stwardnienie rozsiane od 16. roku życia. Choroba postępowała. Dziś nie może samodzielnie chodzić. Potrzebuje pomocy w wielu czynnościach codziennego życia. Krzysztof jest jej opiekunem. I właśnie dlatego sam też potrzebuje Lourdes. Potrzebuje się „naładować".
„Tak jak te akumulatory się lubią ładować, próbuję tu się doładować na sposób duchowy" – mówi. Bo opieka nad chorym wymaga nie tylko siły fizycznej. Wymaga cierpliwości. Spokoju. Wyrozumiałości. Empatii. Umiejętności wejścia w świat drugiego człowieka. Krzysztof wie, że sam nie zawsze potrafi za tym wszystkim nadążyć. Dlatego przyjeżdża tutaj.
W tym roku ma przy sobie córkę, zięcia i wnuków. Sebastian i Dawid pomagają przy babci. Nie trzeba ich nawet prosić. Sami zauważają, czego potrzeba. Podobnie dzieci Krzysztofa, dla których być może sam wyjazd w to miejse co dwa lata jest wyzwaniem. Przecież dni urlopowe w pracy są ograniczone, a oni mimo wszystko jadą z rodzicami. Jak mówi zięć: „Teściowie wszystko mają, mieszkamy daleko od siebie, nie możemy pomagać w opiece nad mamą, więc ta pielgrzymka, co dwa lata to tyle, ile możemy dla mamy i taty zrobić". A Krzysztof dziękuje i w sercu nie kryje radości z tego, że nie jest tu sam z żoną, że zwyczajnie może liczyć na najbliższych, że kiedy sił już czasem brakuje, dzieci są przy nim i pomagają. Cieszą też wnuki, które dorastają i są takie piękne.
I znów pojawia się Maks.
Dla chłopców jest kolegą z pielgrzymki. To nie jest zwyczajne, by dziecko takie, jak Maks cieszyło się empatią zdrowych dzieci. Przecież nie mogą rozmawiać ze sobą tak, jak inni rówieśnicy. Maksymilian ma niepełnosprawność intelektualną. Zwykle, gdy zdrowe dzieci się bawią, on stoi z boku, patrzy i chyba rozumie, że do nich nie pasuje, że może tylko obserwować. To pewnie boli. Ale Maks tego nie powie. A tutaj znalazł się sposób, żeby być razem z „chłopakami", jak o nich mówi.
Piłka.
„Piłka ich tu zjednoczyła bardzo mocno i pozwala znaleźć płaszczyznę porozumienia" – opowiada Krzysztof.
Ale dziadek widzi w tym coś więcej niż wspólną zabawę. Widzi empatię ze strony wnuków. Chęć zrozumienia. Brak dystansu wobec człowieka, który funkcjonuje inaczej. I może właśnie dlatego Maksymilian tak dobrze pasuje do tej pielgrzymki. Bo Lourdes jest miejscem, do którego przywozi się różne modlitwy. Aneta przysłała swoją przez Maksa. Krzysztof przyjechał po siłę, żeby dalej opiekować się żoną. Jego wnukowie uczą się tutaj patrzeć na drugiego człowieka, przez Maksymiliana, dziecko, które tu otoczone jest wyjątkową miłością. A On jest pomiędzy nimi.
Z listem Anety w dłoni. Z piłką przy nodze. Z własną radością. I z Maryją, która – jak mówi Aneta – potrafi łączyć ludzi.
Krzysztof wie, za co będzie tutaj dziękował. „Za to, że jeszcze jakoś sobie radzę, jestem w stanie podołać". Niektórzy namawiali go, żeby żonę oddać pod całodobową opiekę. On jednak, dopóki może, chce być przy niej. „Żebym sobie radził, potrzebuję tego wsparcia z góry. I po to tu przyjeżdżam. I za to dziękuję, że na razie potrafię sobie radzić.