"Pan Bóg daje dzieci, a razem z nimi daje błogosławieństwo"

Dominik patrzy na świat inaczej. Czysto. Prosto. Pięknie. Wierzy, że człowiek może podejść do drugiego człowieka z miłością. "On myśli, że każdy tyle daje, co on. A przecież świat nie zawsze taki jest". Mimo to Dominik nie przestaje kochać.

Elżbieta do Lourdes przyjechała z Dominikiem. Chłopak ma 23 lata i urodził się z zespołem Downa. Ale to Dominika nie definiuje. Dużo ważniejsze jest to, co wniósł wraz ze swoimi narodzinami. - Dzieci są błogosławieństwem - mówi jego mama. - Są cudem, który się dokonuje pomiędzy małżonkami. To jest owoc miłości. Dominik był pierwszym dzieckiem Elżbiety i jej męża. Ale zanim się urodził, były jeszcze dwie ciąże. Obie zakończyły się poronieniem. Dlatego kiedy wreszcie przyszedł na świat, był dzieckiem bardzo wyczekiwanym. Urodził się jako wcześniak, w 33. tygodniu ciąży. Miał jednak wagę noworodka donoszonego. O tym, że ma zespół Downa, Elżbieta dowiedziała się dopiero po porodzie. Najpierw wiadomość usłyszał jej mąż. Potem przekazał ją żonie. I wtedy padły słowa, które wiele mówią o tej kobiecie.

"No i co takiego? Przecież wiadomo, że takie dzieci są fajne i wychowujemy"

Nie znaczy to, że wszystko było oczywiste. Raczej że Elżbieta już wcześniej dostała od życia pewne przygotowanie. Kiedy była nastolatką i później, jako dwudziestoparoletnia dziewczyna, jeździła w ramach wolontariatu do ośrodka w Ustroniu, gdzie osoby z zespołem Downa spędzały wakacje i uczestniczyły w obozach. Dziś patrzy na tamten czas jak na coś więcej niż przypadkowe doświadczenie.

- Pan Bóg mnie przygotowywał na pewnego rodzaju działania. Dał mi ten czas, żeby zobaczyć, jak te osoby funkcjonują, jak odnajdują się w otoczeniu - tłumaczy. Jakby ktoś wiele lat wcześniej uchylił jej drzwi do świata, którego jeszcze wtedy nie znała. Nie wiedziała, że kiedyś przekroczy je już nie jako wolontariuszka, ale jako mama.

"On jest błogosławiony"

O swoim mężu Elżbieta mówi jedno zdanie, które zostaje w pamięci: - Mąż jest błogosławiony.

To określenie pada nieprzypadkowo. W ich życiu wydarzyło się bowiem bardzo wiele. Po Dominiku urodziła się córka Marta. Potem przyszedł na świat syn, który zmarł jako maleńkie dziecko. Zabrała go sepsa. W tym samym czasie Elżbieta sama była bardzo ciężko chora. - Po sepsie stan był dużo bardziej groźny. Nawet lekarz, który mnie leczył, nie miał nadziei, że uda się z tego wyjść - opowiada. A jednak wyszła. Dziś mówi o tym jak o kolejnym życiu, które zostało jej podarowane. W tych najtrudniejszych chwilach był przy niej mąż. - Myślę, że niejeden mężczyzna by to wszystko zostawił i uciekł, a on po prostu podołał. Wspiera mnie w tym wszystkim. Wiem, że się za mnie modli. Dba o wszystko tak, żeby po prostu było, jak powinno - zaznacza. Dlatego mówi o nim "błogosławiony".

Ośmioro dzieci i trochę domowego chaosu

Dziś ich rodzina liczy dziesięć osób - rodzice i ośmioro dzieci.

Najstarszy jest Dominik. Dwa lata młodsza Marta studiuje na Uniwersytecie Śląskim w Cieszynie pedagogikę wczesnoszkolną i przedszkolną. Jednocześnie realizuje drugi kierunek związany z muzyką. Jest także stypendystką Fundacji "Dzieło Nowego Tysiąclecia". Potem jest Maria, która właśnie kończy 18 lat. Swoją przygodę z teatrem rozpoczęła cztery lata temu. Gra w Rudzkim Teatrze "Pierro" i zdobyła już kilka nagród. Teraz dostała się do Studium Aktorskiego w Chorzowie. Jest Magdalena - pierwszoklasistka liceum, skrzypaczka i stypendystka Fundacji im. Emila Szramka. Dalej Weronika, uczennica VI klasy szkoły podstawowej. Łucja - IV klasa. Klara - II klasa. I najmłodszy Szymon, sześciolatek, rozpoczynający edukację w zerówce. Ośmioro dzieci. Kiedy ktoś pyta Elżbietę, jak to wszystko ogarnia, odpowiada z charakterystyczną szczerością: "Nie ogarniamy". Bo nie chce udawać, że wielka rodzina jest perfekcyjnie poukładanym obrazkiem. - Nie mogę powiedzieć, że to się ogarnia samo, bo to by było kłamstwo - zaznacza. Ktoś nawet powiedział jej ostatnio, że powinna pracować w logistyce. Ale Elżbieta ma na to swoją teorię. - Wydaje mi się, że gdy Pan Bóg daje dzieci, to daje też błogosławieństwo rodzicom, żeby te dzieci potrafili wychować - mówi. I to jest taka zasada. Może właśnie dlatego w jej opowieści nie ma narzekania. Jest zmęczenie, jest czasem chaos, jest konieczność organizowania wszystkiego od nowa. Ale jest też przekonanie, że każde kolejne dziecko nie jest kolejnym ciężarem, tylko kolejnym darem.

"Trzeba pewne rzeczy odpuszczać"

W domu pełnym dzieci łatwo zapomnieć o sobie. O małżeństwie. O tym, że zanim byli rodzicami ośmiorga dzieci, byli po prostu kobietą i mężczyzną, żoną i mężem. Elżbieta mówi jednak, że razem starają się znajdować dla siebie czas. Czasem wychodzą na randki. Nawet ostatnio zostali przyłapani. W pizzerii spotkał ich ks. Bartek, ich parafialny duszpasterz. Oni go nie zauważyli. On zauważył ich. I może właśnie takie drobne chwile są potrzebne najbardziej. Pizza. Rozmowa. Wyjście z domu. Kilkadziesiąt minut, podczas których można na chwilę zapomnieć o planie dnia, szkołach, zajęciach, zakupach i wszystkim tym, co trzeba jeszcze zrobić. - Trzeba po prostu być bardziej zorganizowanym i pewne rzeczy odpuszczać - mówi Elżbieta.

Wigilia, która przyniosła prezent

W zeszłym roku życie po raz kolejny postawiło przed nią pytanie o kruchość ludzkiego istnienia. Zauważyła guz piersi. Potem wszystko potoczyło się jak zwykle w takich sytuacjach: szybka diagnoza, wizyty, badania, oczekiwanie na operację. Tyle że u Elżbiety nic nie mogło wydarzyć się "po prostu". W tym samym czasie Dominik miał własne problemy zdrowotne. Przechodził operację ucha w Kajetanach. Miał perlaka prawego ucha. Po zabiegu pojawił się niedowład prawej strony twarzy i porażenie nerwu twarzowego. Elżbieta musiała przełożyć swoją wizytę. Później Dominik miał operację drugiego ucha - znów w terminie, który kolidował z jej wizytą. A w Instytucie Onkologii nieobecność na wyznaczonej wizycie, nawet jeśli wynika z próby jej przełożenia, może oznaczać kolejny miesiąc oczekiwania. Pełną diagnozę udało się przeprowadzić dopiero we wrześniu. W listopadzie usunięto guz. A potem przyszła Wigilia. To właśnie wtedy Elżbieta miała otrzymać wynik. - Dostałam prezent - mówi. Czekała pod gabinetem dwie najdłuższe godziny swojego życia. Wynik przyszedł w Wigilię rano, w Instytucie Onkologii w Gliwicach. Nowotwór nie był złośliwy. - Myślę, że to było właśnie też wymodlone. Bardzo dużo osób się za mnie modliło. To było błogosławieństwo ze strony Pana Boga, że kolejny raz dał mi jakby życie. Pierwszy raz po sepsie. Drugi - po chorobie nowotworowej - opowiada. A jednak historia się na tym nie skończyła.

Czekanie

Dziś Elżbieta znów jest po operacji. Znów czeka na wynik. Znów jest w przestrzeni pomiędzy nadzieją a niewiadomą. I właśnie w takim momencie przyjechała do Lourdes. Mówi o tej pielgrzymce jak o darze. - Byłam bardzo zaskoczona informacją, że możemy z Dominikiem pojechać" - zaznacza. Tutaj, w Lourdes, czuje pokój. Nie dlatego, że ma pewność, że wszystko będzie dokładnie tak, jak sobie wymarzyła. -Wiem, że ten wynik przyjdzie dobry - mówi. Ale zaraz dodaje coś jeszcze ważniejszego. - Nawet gdyby się okazało, że nie będzie taki, jak bym chciała, to ja jestem spokojna - deklaruje. To zdanie nie jest łatwe. Bo przecież Elżbieta ma ośmioro dzieci. Ma męża. Ma dom. Ma ludzi, którzy jej potrzebują. Ma jeszcze tyle rzeczy do zrobienia. Czy nie pojawia się więc czasem myśl: "Co będzie, jeśli mnie zabraknie?". Pojawia się. - Na pewno są takie myśli - przyznaje. Ale Elżbieta nie pozwala, by lęk przejął nad nią władzę. - Pan Bóg nam daje czas tutaj, na ziemi, i z góry wie, jaki mamy określony ten czas i co mamy do spełnienia - tłumaczy. Nie mówi, że się nie boi. Mówi raczej, że nauczyła się swój lęk oddawać. - Jeżeli będzie taka wola Pana Boga, że ten czas już ma być zakończony czy po prostu mam się zmagać z jakąś chorobą, no to się będę zmagać - deklaruje.

Zamiast Różańca - uwielbienie

Elżbieta pochodzi z parafii Matki Bożej Różańcowej w Rudzie Śląskiej. To bardzo maryjna parafia. Sama jednak przyznaje, że Różaniec nigdy nie był jej ulubioną modlitwą. Nie dlatego, że go nie ceni. Jest przecież wraz z mężem w gronie rodziców modlących się za swoje dzieci w Żywym Różańcu Rodziców za Dzieci. Ale jej własną modlitwą stało się uwielbienie. - Ja się przyznam, że niekoniecznie sięgam po różaniec. Zawsze miałam czas rano albo wieczorem na modlitwę, a Różaniec jest taką modlitwą powtarzaną. I ja przy tej modlitwie, z racji swojego zmęczenia fizycznego, zasypiałam - opowiada. Dlatego wybiera inną drogę. W ciszy. W swoim pokoju. W zwyczajności. - Staram się uwielbiać Pana Boga. Nie tylko wtedy, kiedy wszystko się układa. Także wtedy, kiedy coś boli. Także wtedy, kiedy czeka się na wynik badania. Także wtedy, kiedy człowiek nie wie, co będzie jutro. Uwielbiam Pana Boga za to wszystko, co dookoła jest i w czym mam problem. Dzielę się z Nim tym wszystkim - wyznaje. To właśnie wtedy - mówi - musi się skupić. I wtedy nie zasypia.

Dominik widzi świat inaczej

A może największym nauczycielem uwielbienia jest dla niej właśnie Dominik? - On całkowicie przestawił całe moje myślenie, gdy się urodził - mówi. Bo Dominik patrzy na świat inaczej. Czysto. Prosto. Pięknie. - On cały czas wierzy, że każdy do każdego może podchodzić z miłością - opowiada. Dominik daje jej tej miłości bardzo dużo. - On myśli, że każdy tyle daje, co on. A przecież świat nie zawsze taki jest - zaznacza. Mimo to Dominik nie przestaje kochać.

Prosta wiara

W kościele Elżbieta czasem patrzy na niego po Komunii. Widok syna, który wraca na swoje miejsce z Panem Jezusem w sercu, przypomina jej o czymś bardzo prostym. Ich dzieci były uczone, że po Komunii nie trzeba od razu prosić. - Jak się wraca po Komunii z Panem Jezusem w sercu, to trzeba Pana Boga uwielbiać. To się nie prosi, nie dziękuje, tylko się uwielbia Pana Boga - tłumaczy. I właśnie wtedy słyszy czasem Dominika. Jego słowa. Jego modlitwę. Jego szczere uwielbienie. - Są to takie uwielbienia szczere, płynące prosto z serca - opowiada. Patrzy na niego i płacze. Bo może właśnie tak wygląda wiara, zanim człowiek zacznie ją komplikować. Prosta. Bez wielkich słów. Bez kalkulowania. Bez pytania, czy wszystko ma sens. Po prostu: kocham. I ufam.

- Tak, jak Pan Jezus mówi: "Stańcie się jak dzieci" - mówi Elżbieta.

« ‹ 1 › »

Zapisane na później

Funkcja zapisywania artykułów jest dostępna tylko dla zalogowanych użytkowników.