Feminizm po chrześcijańsku

Oprac. ks. Rafał Skitek

Gość Katowicki 09/2017 |

dodane 02.03.2017 00:00

O rolę i miejsce kobiety w Kościele zapytaliśmy trzy Ślązaczki. Historie ich życia są niepowtarzalne. Łączy je zaufanie do Boga i wiara w człowieka.

Beata Wleciałowska – chorzowianka. Żona Marka – szkoleniowca piłkarskiego. Mama Jasia, Andrzeja, Zosi, Karola i Piotra.

Moje miejsce w Kościele to przede wszystkim troska o dobrą relację z Panem Bogiem i, w konsekwencji, z moim mężem. To się przekłada na relację z naszymi dziećmi.

  archiwum prywatne ▲ Beata i Marek Wleciałowscy w styczniu 2017 r. obchodzili 25. rocznicę sakramentu małżeństwa.
Miałam szczęście, że w odpowiednim momencie otrzymałam dobrą formację. Na rekolekcjach, w których uczestniczyłam, kształtowała się moja kobiecość, spojrzenie na Boga, na małżeństwo i rodzinę. Z perspektywy czasu wiem, że początkowo nie byłam na to przygotowana: w centrum stawiałam siebie i swoje własne plany.

Ślub z Markiem i pojawienie się w naszym życiu dzieci to był wielki przełom. Zrozumiałam wtedy, że tu chodzi o coś więcej. To nie ja mam być na pierwszym miejscu. Z początku nie było to łatwe. Wręcz przeciwnie. Wymagało to ode mnie zmiany myślenia i nowego nastawienia do siebie. Podświadomie chciałam realizować się zawodowo. Byłam rozdarta. Ilekroć wychodziłam do pracy, zostawiając dzieci, słyszałam wewnętrzny głos, że one tam na mnie czekają. Było mi ich strasznie żal.

Jako że mój mąż dużo pracował zawodowo, wspólnie podjęliśmy decyzję, że zostanę przy dzieciach w domu. Pamiętam, że odczułam wtedy jakąś niesamowitą ulgę i harmonię. Nagle przestałam się spieszyć, spoglądać na zegarek, niepotrzebnie zamartwiać. To pozwoliło otworzyć się nam na kolejne dzieci. Czasem przychodziły myśli, że poza domem byłoby mi lepiej, przyjemniej, łatwiej. Że tam czeka na mnie ciekawsze życie niż monotonia codziennych obowiązków. Ale dzisiaj czuję satysfakcję, że w najważniejszym okresie życia naszych dzieci byłam w domu.

Doświadczyłam ogromnej radości, patrząc, jak zaczynają chodzić, mówić, pisać. Cieszyłam się każdą chwilą spędzoną razem z nimi. Czytałam im książki, modliłam się z nimi, zabierałam do Kościoła. Takie momenty dodawały mi sił i utwierdzały w przekonaniu, że to wszystko ma sens. Niektórzy myślą, że żyjąc w ten sposób, kobieta wiele traci. Ale jest wręcz przeciwnie: sama wiele zyskałam. W pamięci utkwiły mi wszystkie te chwile, kiedy drugi człowiek otwiera się przede mną. Mówię tu oczywiście o moim mężu i dzieciach. To bezcenne i najważniejsze doświadczenie w moim życiu. Myślę, że właśnie na tym polega rola kobiety w rodzinie i Kościele.

Bo moim celem było zawsze to, by towarzyszyć bliskim poprzez poszanowanie ich wolności i wspieranie, by wzrastali ku dobru. Nie jest to proste. Nie mogę też powiedzieć, że zawsze mi się to udawało. Ale wierzę, że to jest to „coś”, co jako kobieta mogę dać drugiemu człowiekowi, zarówno w rodzinie, jak i w Kościele.

Magdalena Buczek – pochodzi z Łazisk. W wieku 9 lat założyła Podwórkowe Kółka Różańcowe. Jest dziennikarką.

Mam pewne ograniczenia związane z moją chorobą i cały czas jestem na etapie odkrywania swojego powołania w Kościele i w świecie. Nie wiem, co jeszcze Pan Bóg mi przygotował, bo On lubi zaskakiwać. Jestem otwarta na wszystkie Jego plany.

  archiwum prywatne ▲ Magdalena Buczek od urodzenia cierpi na rzadką chorobę: łamliwość kości. Na co dzień porusza się na wózku.
Bardzo chciałam skończyć studia i zostać dziennikarką. Wiedziałam, że jest to zawód, który mogę wykonywać w domu, nie ogranicza mnie mój stan zdrowia. Jednocześnie od 20 już lat prowadzę Podwórkowe Kółka Różańcowe. Przez to czuję się potrzebna Bogu i ludziom. Gdy studiowałam teologię duchowości na Wydziale Teologicznym UŚ w Katowicach, usłyszałam na jednym z wykładów, że każda kobieta powołana jest do macierzyństwa. Fizycznego lub duchowego.

Było to dla mnie niesamowitym odkryciem, tym bardziej że miesiąc temu po raz pierwszy zostałam matką chrzestną małego Mateusza. A drugi raz zostanę nią niebawem. Czuję wielką wdzięczność wobec Pana Boga, że poprzez takie momenty pozwala mi doświadczyć duchowego macierzyństwa. Mogę powiedzieć, że wielkim wzorem jest dla mnie moja patronka, św. Maria Magdalena. Zawsze porusza mnie jej ewangeliczne spotkanie z Chrystusem po Jego zmartwychwstaniu. To, jak idzie ona do apostołów i ogłasza, że Chrystus żyje.

Cieszę się, że papież Franciszek podniósł liturgiczne wspomnienie św. Marii Magdaleny do rangi święta. Ona jest „apostołką apostołów”. Dlatego uważam, że kobiety mają iść i głosić wszędzie tam, gdzie kapłani nie mogą dotrzeć. Ten wymiar zaangażowania kobiety w Kościele jest bardzo ważny. Jakie to miejsca? Wszystkie te, które są im najbliższe. Myślę tu przede wszystkim o rodzinie. Ile do zrobienia mają w niej matka, żona, córka, babcia... Te kobiety winny mieć w sobie pewną świeżość, żywe i autentyczne doświadczenie spotkania z Chrystusem Zmartwychwstałym. Mają być tymi, które jako pierwsze wychodzą do innych, żeby im zanieść Jezusa. W domu, w pracy, w szkole, na uczelni, na ulicy. Wszędzie.

Wiadomo też, że powołanie do małżeństwa nie wyklucza angażowania się w różne wspólnoty, w które kobiety wnoszą wielką wartość poprzez świadectwo i posługę. Dla mnie takim miejscem są Podwórkowe Kółka Różańcowe oraz praca dziennikarska. Nie jest to moje dzieło. Wierzę, że Bóg chciał, żeby powstała taka wspólnota. Ja staram się być tylko narzędziem w ręku Jego i Maryi. I tak już od 20 lat. Poprzez modlitwę różańcową i słowo, którym posługuję się na co dzień przy redagowaniu tekstów, mogę pociągać innych do Jezusa przez Maryję.

Siostra Anna Bałchan – z zawodu jest mechanikiem obróbki skrawaniem, należy do Zgromadzenia Sióstr Maryi Niepokalanej. Od lat pomaga kobietom i ich dzieciom zagrożonym lub dotkniętym przemocą seksualną, fizyczną i psychiczną.

Kobieta ma w sobie coś niepowtarzalnego. Jej natura związana jest z rodzeniem. Ale nie musi być ono koniecznie biologiczne. To ktoś stworzony do opiekowania się, do prowadzenia i towarzyszenia innym. Jeśli taka kobieta jest oddana Chrystusowi, to w sposób mądry będzie wychowywać i troszczyć się o innych.

  roman koszowski /foto gość ▲ Kobietom dotkniętym prostytucją pomaga siostra Anna Bałchan nieprzerwanie od 1999 roku.
Jako kobieta i zakonnica po prostu jestem i służę, bo życie zakonne to życie „dla”. Nie jestem działaczem społecznym. Na co dzień potrzebuję wspólnoty sióstr, z którymi się modlę. Charyzmat mojego zgromadzenia to głównie praca z kobietami. Naszą patronką jest Maryja. Cokolwiek robię w zgromadzeniu, widzę swoją rolę jako kobiety towarzyszącej. W życiu zakonnym miałam wiele cudownych spotkań z kobietami. Także teraz, gdy mieszkam w ośrodku razem z nimi. Tam uczymy się domu, życia bez przemocy.

Bo kobiety, które do nas trafiają, doświadczyły w życiu wiele zła, m.in. przymusowego żebractwa, alkoholizmu, prostytucji czy przemocy domowej. Razem z siostrami wspieramy je, by na nowo mogły odnaleźć się we współczesnym świecie. Ja sama dzięki tym kobietom ciągle uczę się siebie. A one uczą się mnie. To mnie zmusza do rozwoju, do zastanawiania się, co i jak mówię, jak się zachowuję. Jak żyję. Bo moja tożsamość jest taka: jestem zakonnicą, czyli mam Jezusa i nie zawaham się Go „użyć”. Jeśli straciłabym wiarę, to co im dam? Czym będę się różnić od innych kobiet, instytucji, poradni psychologicznych?

Gdyby nie wiara i doświadczanie Jego uzdrawiającej obecności, nie byłoby mnie w tym miejscu. Bo to wszystko mnie przerasta. To nie jest moje dzieło. Praca z kobietami to duże wyzwanie, bo nigdy tak do końca nie wiesz, co się kryje w sercu drugiego człowieka, zwłaszcza poranionego. Kiedy kłócę się z Bogiem, to mówię Mu tak: „To są Twoje dzieci. To Twoje dzieło. Dbaj o to, Jezu. Błagam!”. Różne były etapy mojej posługi wobec kobiet w przeszłości. Obecnie budujemy żłobek, przedszkole, sale warsztatowe, gdzie wsparcie będą mogły otrzymać całe rodziny (więcej na: www.budujemycosdobrego.pl). Chcemy pomóc im w zbudowaniu dobrej, trwałej relacji. Sama widzę, jak bardzo ludzie są dzisiaj samotni. Dlatego jako kobieta i zakonnica staram się towarzyszyć. Taka jest moja rola.