107,6 FM

Śpiew Ziemi Świętej

Kiedy zaczyna śpiewać, ludzie wokół czują się tak, jakby przybliżył się do nich kawałek Ziemi Świętej. Sylwia Hazboun z Bliskiego Wschodu przywiozła muzykę i... męża, którego poznała w Betlejem.

Tak mogła modlić się Maryja – powiedział do niej kiedyś jeden z proboszczów. Był to najpiękniejszy komplement, jaki kiedykolwiek usłyszała. Dla Sylwii Hazboun wykonywanie orientalnej muzyki chrześcijańskiej nie jest wyłącznie odkrywaniem przed słuchaczami piękna kultury Bliskiego Wschodu. Jest modlitwą. „Moim marzeniem jest inspirowanie serc, które nie modliły się od lat, by nie potrafiły oprzeć się głębi wiary i zapłonęły chęcią poznania Boga” – napisała na swojej stronie internetowej.

Na tych samych falach

Jej fascynacja Bliskim Wschodem nie zaczęła się jednak wcale od muzyki. – Początkowo interesowałam się tą częścią świata pod kątem jej potrzeb humanitarnych – opowiada Sylwia. – Nawet kiedy wybierałam studia arabistyczne w Krakowie, moje myśli szły głównie w tym kierunku. W czasie studiów świat „pomocowy” bardzo mnie wciągnął. Zaczęły się wyjazdy do Jordanii czy Palestyny. Z czasem dopiero zaczęłam postrzegać, że Bliski Wschód nie tylko ma potrzeby, ale i może mi zaoferować swoje wielkie bogactwo, którym jest głębia duchowa. Pamiętam, że podczas wolontariatu w Domu Pokoju, prowadzonym przez siostry elżbietanki w Betlejem, uderzyło mnie, że dla tamtejszych dzieci naturalne jest to, że urodziły się w tym samym miejscu co Jezus. One nie zdawały sobie sprawy z tego, że dzieci w innych krajach słyszą o Betlejem i próbują je sobie wyobrazić. Zaskoczeniem był też dla mnie fakt, jak wiele chrześcijańskich denominacji żyje tam obok siebie. Tamtejsi ludzie nawet dziwią się, gdy ktoś wnika głębiej, jakiego jesteś wyznania. Ważne, że jesteś chrześcijaninem. Jest mi to bardzo bliskie, bo sama pochodzę ze Śląska Cieszyńskiego, z rodziny mieszanej: mama jest katoliczką, a tata zielonoświątkowcem.

Podczas jednego z pobytów w Betlejem Sylwia spotkała Yousefa, swojego przyszłego męża. Poznali się w Wigilię 2015 r. za pośrednictwem internetowej platformy dla podróżujących. – Urzekło mnie to, że nadajemy na tych samych falach, choć ja z przybyłam z kraju wolnego, gdzie dobrze się żyje i są perspektywy na przyszłość, podczas gdy Yousef wychował się w kraju okupowanym – zwierza się Sylwia. – Ale właśnie dzięki temu, że pochodzimy z różnych kultur, skupiamy się na tym, co najważniejsze, a tym jest dla nas wiara. Podobnie patrzymy na świat. Podoba mi się też to, jak poważnie chrześcijanie z Bliskiego Wschodu podchodzą do spraw związanych z rodziną. Szkoda, że w Polsce ten trend wydaje się coraz słabszy.

Poznawanie innych skal

W lipcu 2017 r. Sylwia i Yousef wzięli ślub cywilny, a w lutym 2018 r. – kościelny w betlejemskiej bazylice Narodzenia Pańskiego, która jest jednocześnie parafialnym kościołem Yousefa. Docelowo zamierzają zamieszkać w Betlejem, ale póki co żyją w Polsce i planują tu spędzić jeszcze dwa lata. Pracują razem w Caritas Polska w Warszawie, gdzie zajmują się projektami wspierającymi mieszkańców Bliskiego Wschodu. Spełniło się więc pragnienie Sylwii, by odpowiedzieć na potrzeby humanitarne mieszkańców tego regionu. Prywatnie zajmują się też rozprowadzaniem różańców wykonanych ręcznie przez rękodzielników z Betlejem, zrzeszonych przy stowarzyszeniu Sprawiedliwego Handlu. Zależy im na tym, by rzemieślnicy z Bliskiego Wschodu za swoją pracę otrzymywali godziwe wynagrodzenie.

Aby przybliżyć życie bliskowschodnich chrześcijan, Sylwia i Yousef założyli bloga na swojej stronie dzisiajwbetlejem.pl. Na razie jednak, ze względu na to, że przebywają w Polsce, blog wypełnia głównie muzyka. – Zaczęło się od tego, że Yousef namówił mnie, żebym nauczyła się kilku bliskowschodnich pieśni – opowiada Sylwia. – Zawsze miałam smykałkę do muzyki – śpiewałam, grałam na różnych instrumentach, a przy okazji łapałam teorię. Ale tym razem zadanie nie było łatwe: musiałam poznać inne skale muzyczne. Niektóre z nich zawierają np. ćwierćtony, brzmiące dla naszego ucha jak fałsz. Zaczęłam ćwiczyć, kolega Yousefa udzielił mi zdalnie kilku lekcji. Najważniejsza była jednak obserwacja, wyłapywanie tamtego stylu, uczenie się ornamentów, tak charakterystycznych dla muzyki bliskowschodniej. Wiem, że pod tym względem ciągle jeszcze nie dorównuję tamtejszym wokalistkom – dodaje skromnie Polka.

Dziesięć strun liry

Wkrótce nadarzyła się okazja, żeby wykorzystać w praktyce to, czego Sylwia się nauczyła. Do Polski przybył z wizytą wikariusz patriarchalny Kościoła syriacko-prawosławnego w Aleppo. – Podczas spotkania w naszej parafii miałam być tłumaczem, ale Yousef namówił mnie, żebym zaśpiewała też „Ojcze nasz” w języku Jezusa, czyli po aramejsku. Nie spodziewałam się wtedy, że ludzie będą tym tak poruszeni. Na koniec spotkania zaczęli podchodzić i mówić o tym, jak te dźwięki ich dotykały. Pomyślałam wtedy, że choć nie mam wykształcenia muzycznego, to mam co innego: biegle mówię po arabsku, mogę śpiewać też po aramejsku czy hebrajsku. Dlatego postanowiłam przybliżać ludziom pieśni bliskowschodnie. Zaczęłam je też tłumaczyć – częściowo lub w całości, by słuchacze wiedzieli, o czym śpiewam – podkreśla Sylwia. Wkrótce u polskiego lutnika zamówiła lirę kinnor, stylizowaną na instrument starotestamentowy, na którym grał król Dawid. To słynna „harfa o dziesięciu strunach”, choć Yousef śmieje się, że słowo „harfa” występuje chyba tylko w polskim tłumaczeniu.

Wszystko potoczyło się bardzo szybko: cztery miesiące po tamtym występie w kościele zagrała pierwszy koncert, a po roku – dzięki wsparciu crowdfundingowemu – wydała pierwszą płytę, zatytułowaną „Ojcze nasz”. Otwiera ją właśnie modlitwa „Ojcze nasz”, od której wszystko się zaczęło, śpiewana na liturgiczną melodię obrządku syriackiego. Natomiast pozostałe utwory, śpiewane najczęściej po polsku, jednak z elementami aramejskiego, hebrajskiego i arabskiego, są autorstwa Sylwii i stanowią rozważania poszczególnych wersów tej modlitwy. – Starałam się do każdego z wersów dopasować fragment Pisma Świętego, który będzie z nim współgrał – zwierza się wokalistka. – Mnie samej uświadomiło to, jak bardzo modlitwa „Ojcze nasz” zakorzeniona jest w całej Biblii.

Litera nun

– Podoba mi się nie tylko śpiew Sylwii, ale też to, że zwraca uwagę na szczegóły i wpisuje fragmenty Biblii i modlitwy w nieoczywiste konteksty – podkreśla Yousef. – Kiedy np. śpiewa pieśń o Jerozolimie, to pokazuje ją z perspektywy Symeona, który idzie ulicą do świątyni i wkrótce rozpozna Zbawiciela w Dzieciątku. Z kolei „Kantyk Ewy”, będący na płycie rozważaniem wersu „Ale zbaw nas ode złego”, opisuje chwilę po wygnaniu z raju, kiedy Ewa pyta Boga o to, dlaczego dopuścił, by ona i Adam zgrzeszyli.

Na krążku znaleźć można też nawiązanie do sytuacji współczesnych chrześcijan na Bliskim Wschodzie. „Napisali na moich drzwiach literę nun” – śpiewa po arabsku Sylwia, rozważając słowa „Przyjdź królestwo Twoje”. Tą właśnie literą członkowie Państwa Islamskiego oznaczali w 2014 r. domy chrześcijan, zmuszając tym samym do ich opuszczenia (lub przejścia na islam). W Europie ta litera stała się potem symbolem solidarności z chrześcijanami w Iraku.

Sylwia Hazboun dostaje sporo sygnałów od słuchaczy, że podoba im się zaskakujący dla wielu styl, w którym śpiewa. Dzielą się tym, że przypomina im np. podróż do Ziemi Świętej. Najważniejsze jest jednak, że ta muzyka sprzyja modlitwie. Także dlatego, że burzy nasze przyzwyczajenia. – W Europie ceni się, gdy ktoś śpiewa wysoko i głośno – twierdzi Sylwia. – Tak jest w muzyce pop, do której większość naszej muzyki chrześcijańskiej jest bardzo podobna, tyle że niesie inne treści. Natomiast na Bliskim Wschodzie ważne są te wszystkie koronkowe ozdobniki, ornamenty. To służy skupieniu, pozwala oderwać się od codzienności. Dla mnie jest jak wejście z gwarnego miasta do kościoła, w którym panuje cisza. Łatwiej wtedy poczuć obecność Boga. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama