107,6 FM

Kobieta z cierniem

Za życia odstraszająca smrodem z ropiejącej na czole rany, Po śmierci pachnąca różami. Niemożliwe skrajności? A jednak między nimi kryje się prawda o św. Ricie „od spraw niemożliwych”. 


Po ludzku niemożliwe wydaje się odpuszczenie win nie tylko największym prześladowcom, ale i najbliższym, którzy najdotkliwiej potrafią zadać ból. Św. Rita znosiła cierpienie od niewierzącego i porywczego męża i pragnących zemsty za zamordowanie ojca synów. Ale swoją miłością i cierpliwością doprowadziła ich do Boga. Smród grzechu zastąpiła różanym zapachem oczyszczenia, jaki czuje się, przebaczając sobie i innym. W kościele św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Krakowie, gdzie znajduje się największy ośrodek kultu św. Rity w Polsce, wierni tłumnie przystępują do spowiedzi przed liturgią sprawowaną ku czci świętej w jej wspomnienie, 22. dnia każdego miesiąca. – Niejedna spowiedź trwa ponad godzinę – opowiada proboszcz, o. Marek Donaj OSA. – Ludzie nie chcą prosić z brudnymi rękami. 


Płatek w brewiarzu


Ojciec Donaj podczas comiesięcznej liturgii wyczytuje po 600 próśb pątników przyjeżdżających z całego kraju. – Teraz w dwa miesiące gromadzi mi się cały karton karteczek, tyle, ile wcześniej zbierałem przez rok. Widzi, jak gwałtownie rośnie kult św. Rity. – Mam w archiwum setki kart chorób, które po ludzku są nie do wyleczenia. A św. Rita pomaga.

– Modlenie się za przyczyną świętego bez znajomości jego życiorysu jest bałwochwalstwem – uważa
bp Grzegorz Ryś. – Jeśli kogoś czczę to także dlatego, by go naśladować. 
Jest pewien, że św. Ritę warto naśladować w tym, co niemożliwe. Brała grzech krzywdzących ją na siebie, nie zostawiając ich samych. – To jest coś więcej niż wybaczenie – uważa.

Można sobie wyobrazić, jak nie pamiętając zła innym, zwracała się do Boga słowami psalmu: „Jeśli zachowasz pamięć o grzechach, Panie, któż się ostoi?”. 
Pierwszą prostą topolową trumnę, w której złożono ciało świętej w klasztorze w Cascii, wykonał stolarz Cicco Barbaro, który za jej sprawą został uzdrowiony z niedowładu rąk. Widoczne na niej malowidło przedstawia świętą z kolcem w dłoni i wbitym w czoło cierniem, przypominającym o koronie cierniowej Chrystusa.

– Ten bardzo rzadki stygmat nosiła na czole, które wyznacza widzenie świata i uświadamia, że w sytuacji sponiewierania i bólu ze znakiem Chrystusa można się czuć wybranym, a nie odrzuconym – mówi bp Ryś. Na trumnie św. Rity widnieje informacja, że nosiła ten stygmat 15 lat. Po wysłuchaniu kazania wielkopostnego, wygłoszonego przez franciszkanin, jako jedyna kobieta na ziemi otrzymała otwartą ranę, z której sączyły się krew i ropa. Ze względu na wydzielający się z niej odór prawie cały czas musiała przebywać w ostatniej celi na końcu korytarza klasztoru sióstr augustianek w Cascii. Opiekowała się nią kuzynka. Krew przestała płynąć z jej rany tylko w czasie podróży do Rzymu. Za to po śmierci ciało świętej zaczęło pachnieć różami.

W Cascii dzieje się tak też obecnie, kiedy zdarzają się cuda. Z poetyckiego fragmentu traktatu św. Bonawentury „Vitis Mystica” dowiadujemy się, że istnieje związek między krwią a różą: „Każda kropla krwi Ukrzyżowanego tworzy płatek róży Męki Pańskiej”. Do sanktuarium św. Rity w Krakowie czy w sercu Paryża, nieopodal placu Pigalle, pątnicy przybywają z różami. Sam o. Marek Donaj ma w brewiarzu płatek róży przywieziony z Cascii, jak podarunek od ukochanej.

– Jestem jej wierny jak mężczyzna – uśmiecha się. Ale nie chce, by wierni zatrzymywali się na znakach. 
W krużgankach kościoła
św. Katarzyny przetrwał fresk z XV w. przedstawiający „Chrystusa w studni”, czyli wstającego z grobu. – Tylko wątpiący potrzebują znaków – odczytuje wymowę opowieści zapisanej pędzlem na ścianie. – Maryja, stojąca obok Jezusa, ich nie potrzebuje, bo ma wielką wiarę. Wielką wiarę ma wielu proszących o łaski. Kilka dni temu z kamienną różą jako wotum przyjechała babcia z Warszawy, która za sprawą świętej wyprosiła sobie wnuka. Inna pani ofiarowała obrączkę, bo dzięki św. Ricie nie załamała się po śmierci męża. Zakonnicy przez interent otrzymują zawiadomienia o wielu wyproszonych szczęśliwych związkach małżeńskich.

– Chciałoby się, żeby ludzie na naszych oczach rzucali kule, ale najważniejsze uzdrowienia są niewidoczne dla oczu – mówi ojciec. W szpitalu przy ul. Skawińskiej, gdzie jest kapelanem, poznał młodą sportsmenkę, która z dnia na dzień dowiedziała się, że jest ciężko chora. Dużo rozmawiali. Poradził jej, aby modliła się do św. Rity. Zmarła pojednana z Bogiem właśnie w „jej” dzień – 22 maja. 


Róża w lodzie


– Duszpasterstwo rozkręciło się, kiedy ludzie zaczęli pytać, kim była św. Rita – opowiada o. Donaj. – Opowiadam im, że dla mnie to zwyczajna kobieta – góralka, córka słuchająca rodziców, żona, matka dwóch synów, mediatorka między skłóconymi rodami, wdowa, zakonnica. Jej życie pokazuje, że droga do świętości prowadzi przez nasze normalne życie. Trzeba tylko umieć się znaleźć w konkretnych sytuacjach – dodaje. Dlatego prosi wiernych przychodzących z różami, aby ofiarowali je tym, za którymi nie przepadają.

Pierwszym cudem, który nieustannie czyni św. Rita, jest fakt, że mimo iż minęło 600 lat, odkąd przyszła na świat, żyje do dziś. 
Najwięcej wiarygodnych informacji o jej życiu pochodzi dopiero z materiałów zapisanych 100 lat później, w XVI w. – w okresie jej beatyfikacji. W ciągu wieków niezapisana prawda zmieszała się z legendą. Jeden z pierwszych biografów, o. Agostino Cavalucci z Foligno w 1610 r. napisał, że córka Antonia Lotti urodziła się w miasteczku Castello Raccoporena. Nie wiadomo, czy stało się to w roku 1381 czy 1371. Trudno też ustalić datę jej śmierci. Jeśli – jak uznano – żyła 76 lat, mogła umrzeć w roku 1447, ale podawany jest też alternatywnie rok 1457.


Pewne jest, że jej matka, jak św. Anna, poczęła ją w późnym wieku. Według legendy w domu Lottich było małe okno w dachu, przez które Rita lubiła patrzeć w niebo. Pobożni rodzice byli szanowanymi w Cascii, targanej sporami i rywalizacją między rodami, tzw. mediatorami Jezusa. Z ikonografii wiadomo, że umiała czytać i pisać, czego nauczyli ją augustianie. Myślała o wstąpieniu do klasztoru augustiańskiego św. Marii Magdaleny w Cascii, ale posłuszna rodzicom jako 12-latka poślubiła Paolo de Mancino i żyła z nim 18 lat. Jej męża nazywano „niedobrym chrześcijaninem”, gdyż należał do gibelinów, będących w opozycji do Kościoła rzymskiego. Biografowie, którym zależało, by uwydatnić cierpliwość i wytrwałość Rity, która „jak baranek znalazła się w szponach lwa”, wyolbrzymiali wady męża, wyliczając, że był gniewny, porywczy, okrutny. „Musiał mieć skłonność do złości, ale oprócz tego, że taki miał charakter, jego ostre reakcje mogło prowokować życie polityczne epoki” – pisze Mario Polia w książce „Rita z Cascia. Życie prawdziwe”.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama