107,6 FM

Spływaj!

Wiosłujemy. Na środku jeziora wreszcie nie ma dostępu do Wi-Fi i w końcu można pogadać. Jak ojciec z synem.

Od dawna przyglądam się, jak rodziny podobne do naszej radzą sobie z problemem komórek u młodych gniewnych gimnazjalistów. I muszę przyznać uczciwie: nie radzą sobie. „Internet nie jest dla młodych narzędziem pracy. To kontynent, na którym żyją” – powiedział niedawno abp Rino Fisichella, przewodniczący Papieskiej Rady ds. Nowej Ewangelizacji. Na naszych oczach wyrasta pokolenie bez ojców. A nawet ci ojcowie, którzy kiedyś rozpalali potężne ogniska, dziś polewają węgielki płynem do rozpalania grilla. A to już nie to samo. Nowicjat jednego z zakonów. Przede mną siedzi 21 chłopaków, którzy przed rokiem przekroczyli zakonną furtę. „Kto z was miał dobrą relację z ojcem?” – pyta magister. Do góry podnoszą się dwie ręce. 19 czerwieniących się chłopaków patrzy tępo w ziemię. „To nie jest konflikt pokoleń – to prawdziwa przepaść – diagnozuje Josh McDowell. – Na jednej krawędzi rodzice wołają coś do dzieci, na drugiej dzieci sprawiają wrażenie, że nie słyszą albo nie rozumieją. Aż 66 proc. nastolatków rozmawia ze swoim tatą mniej niż 1 godzinę w tygodniu”.

„Czy możliwe jest życie bez netu?”. Tak! 12 031 osób „lubi to”.

Ponad 6 tys. uczniów polskich szkół w wieku 11–18 lat wzięło udział w badaniach organizowanych przez Instytut Matki i Dziecka w Warszawie. Na pytanie: „Ilu masz przyjaciół?” odpowiadali wprost: 400, 500. Niektórzy mówili: „Nie mam przyjaciół, bo nie mam konta na Facebooku”. To pęknięcie pokazuje, w jak bardzo wirtualny świat uciekli. Na imprezę Extreme Masters, która odbyła się w katowickim Spodku, ustawiały się tak długie kolejki, jakby samo U2 przyjechało na darmowy koncert na Śląsk. Halę odwiedziło ponad 100 tys. fanów e-sportu (milion ich rówieśników obserwowało wydarzenie na Twitch.tv, a 5 mln odtworzyło filmiki na YouTube). Internet kradnie relacje. To nie jest slogan. I nagle zdarza się rzeczywistość tak realna jak… spływ kajakiem. Gdzie ani wielkości fal, ani koloru wioseł nie zmieni się, klikając myszką. Dwie osoby, które dotąd mijały się w domowym korytarzu, są zmuszone spędzić ze sobą kilkanaście godzin dziennie. Walcząc z falami, wiatrem, bólem mdlejących ze zmęczenia rąk. Od lat słyszałem o niezwykłej skuteczności tej „wioślarskiej metody”. Gdy pisząc artykuł, zacząłem szukać podobnych akcji (ojciec + syn + kajak), znalazłem tak wiele wioślarskich inicjatyw, że wypisanie ich zajęłoby połowę tekstu. Jedną z najprężniejszych organizuje od niemal 20 lat ekipa związana z wielkopolskim Akademickim Stowarzyszeniem Turystycznym „Przystań”.

Kajak integracyjny

– Kajak integruje już od samego początku. Nie da się nim płynąć, gdy nie ma przynajmniej minimum zrozumienia, współpracy – opowiada Wojciech Nowicki z „Przystani”. – Kajak boleśnie obnaża wszelkie braki w komunikacji, współpracy. Wiosłowanie musi być zgodne, wspólne, bo na „motyla” nie da się płynąć. Co ciekawe, to druga, siedząca z tyłu osoba musi dostosować się do pierwszej. A przecież pierwsze siedzi dziecko! Ojciec musi dostosować się do rytmu syna. To pierwsze „fizyczne” porozumienie. Ile czasu zajmuje to „dogranie się”? To zależy od osobowości ojca. Od tego, czy jest osobą dominującą, czy skłonną do współpracy. W czasie spływu na rzece dochodzą wartki prąd, przeszkody do ominięcia, czyli tzw. wróg zewnętrzny, wobec którego trzeba się zjednoczyć, bo inaczej jest się pokonanym. Nic tak nie jednoczy jak wspólny wróg – śmieje się Wojciech Nowicki. – W kajaku spędzasz z synem ok. 5 godzin dziennie. Jesteście na siebie „skazani” – na rozmowę, dzielenie się żywnością...

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama