107,6 FM

Dziękuję bardzo

O sile uwielbienia, Polsce, która „jeszcze nie zginęła”, i koncercie, na który walą coraz większe tłumy, z Janem Budziaszkiem

Marcin Jakimowicz: Były chwile, gdy Jan Budziaszek machał zrezygnowany ręką: „Koniec! Więcej nie robię już tego koncertu”?

Jan Budziaszek: Kilka razy. Z wielu względów. Również dlatego, że delikatnie mówiąc, troszkę to kosztuje. Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że „Jednego serca, jednego ducha” to nie jednorazowa akcja, ale praca przez cały rok. Taki gigantyczny koncert nie powstaje hop-siup. Już sam wybór repertuaru… Uzbieram z 40 kawałków i ruszam do Marcina Pospieszalskiego – najbardziej zapracowanej osoby w Polsce…

Który na pytanie, w jakim zespole jeszcze nie grał, odpowiada: w Legii Warszawa…

Tak. (śmiech) W Rzeszowie wszystko musi płynąć, piosenka wychodzić z piosenki, nie może być zgrzytów. Marcin robi genialne aranżacje.

Ustalacie je – widziałem na własne oczy – w przerwie między jakimiś koncertami.

Tak bywa. Chociaż Marcinowi aranżacje przychodzą czasami ze środy na czwartek. W nocy. (śmiech) W 2012 roku powiedziałem sobie: „Koniec. Już nie dam rady. Nie jestem już młodzieniaszkiem Budziaszkiem. Żegnam Państwa, wychodzę z tego interesu”. W ostatnią niedzielę października siedzę na promocji naszych płyt u bernardynów, u Matki Boskiej Rzeszowskiej. Mówię: „Panie Jezu, to był ostatni koncert. Do widzenia”, i nagle podchodzi do mnie o. Wiktor Tokarski, przeor, i mówi: „Panie Janku, a może za rok, w 500. rocznicę objawień, cudowna figura pojawi się na koncercie?”. Słucham tego – ja, dezerter obmyślający plan ucieczki – a tu taki numer: mam być na scenie z Matką Boską. Mówię: nici ze zwiewania. Wracam do domu. Opowiadam o tym żonie, która z ramienia Akademii Krakowskiej odpowiedzialna jest za konserwację tej figury, a ona na to: „Czyś ty oszalał? 400 lat figura nie opuściła murów klasztoru. Nie wolno zmieniać warunków atmosferycznych”. Wracam do przeora: „Ojcze, żona absolutnie się nie zgadza”. (śmiech) A bernardyni na to: „Nic to. Jedziemy, panie Janku”. I graliśmy koncert z Maryją. Nie spadla ani kropla deszczu.

To dziwne. (śmiech) Pamiętam dwa koncerty, gdy tiry grzęzły w błocie, pioruny trzaskały w scenę, kable tonęły w kałużach, a muzycy prosili kapłanów o błogosławieństwo, by nie poraził ich prąd, gdy dotkną strun gitar…

Joachim Mencel jeszcze przez kilka miesięcy wylewał wodę z fortepianu. Rok 2008. Potężne duchowe oczyszczenie. Pytania: „Grać? Nie grać?”. Wszytko wisiało na włosku. To było jedno wielkie wołanie do Jezusa: „My tu toniemy, a Ty sobie śpisz?”. I odpowiedź: „Nie bój się, małej wiary!”. Nie bój się. Zagraliśmy. Ludzie stali w strumieniach wody. W najnowszym wydaniu „Dzienniczka perkusisty” przytaczam świadectwa ludzi, którzy opowiadali o tym, że spadł na nich prawdziwy deszcz łask. Młodzi mówili: nawet nie zauważyliśmy, że pada. (śmiech) Ludzie pisali: „Czułam, że każda kropla deszczu jest dotykiem Boga”, zostawali fizycznie uzdrowieni. Jak Duchowi Świętemu jest dobrze, to nie ma znaczenia, czy jest chłodno, czy głodno. W 2010 roku znów była ściana wody. I wiesz co najciekawsze? Najwięcej uzdrowień fizycznych i duchowych dokonało się, gdy uwielbialiśmy w strugach deszczu.

« 1 2 3 4 5 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama