107,6 FM

Nie ma jak u mamy

W Polsce matki, które decydują się na kilkoro dzieci i zostają przy nich w domu, nazywa się lekceważąco kurami domowymi. Najwyższy czas, by powiedzieć „stop” ich dyskryminacji.

Dziś kobieta wybierająca macierzyństwo i pozostanie w domu przy swoich pociechach ma niepewną przyszłość – mówi Karolina Dobrowolska z Instytutu na rzecz Kultury Prawnej „Ordo Iuris”. – Prawo nie przyznaje takim mamom świadczeń, a społeczeństwo, uwiedzione hasłami forsowanymi przez radykalne feministki i zmanipulowane tym, co się pisze o takich mamach w mediach, postrzega je jako nieużyteczne. Te matki mają bardzo ograniczony dostęp do świadczeń emerytalnych, choć ich dzieci w przyszłości będą finansować emerytury osób bezdzietnych – podkreśla Karolina Dobrowolska. – Ważne, aby decydenci mieli świadomość, że zajmowanie się wychowaniem dzieci w domu to też bardzo odpowiedzialna praca, tyle że nieprzynosząca tym kobietom pieniędzy, ani społecznego uznania. Na rzecz matek zajmujących się domowym wychowaniem pociech świadczą liczby, które jednak nie pojawiają się na pierwszych stronach gazet. ONZ szacuje, że niezarobkowa praca wykonywana przez kobiety w domu powiększa PKB średnio o 40 proc. Niestety, niewiele się robi, by im pomóc. Żeby zmienić tę sytuację, Instytut „Ordo Iuris” rozpoczął kampanię „Stop dyskryminacji matek!”, do której każdy może się przyłączyć.

Żłobek zamiast domu

Choć polska konstytucja w art. 18 i 71 ust. 2 nakazuje chronić macierzyństwo i otaczać matki szczególną opieką, system pomocy jest iluzoryczny i w zasadzie sprowadza się do usilnego propagowania żłobków i przedszkoli jako pomocy w wychowaniu. – Miesięczny koszt opieki żłobkowej nad dzieckiem finansowanej ze środków publicznych w 2014 r. przekraczał w wielu gminach 1600 zł – informuje Karolina Dobrowolska. – Dobrze by było, żeby matki pozostające w domu otrzymały chociaż część tej kwoty. Od lat władze finansują niemal wyłącznie opiekę żłobkową i przedszkolną, która w badaniach socjologicznych jest oceniana przez młode matki najsłabiej. W skali Europy to ewenement – w innych krajach na różnego rodzaju wsparcie może liczyć opieka domowa, sprawowana przez rodziców, dziadków czy przeszkoloną opiekunkę lub opieka w „domowych przedszkolach”, gdzie przyjmuje się dzieci rodziny i sąsiadów. W Polsce stawia się tymczasem jednostronnie na rozwój żłobków molochów. Ta sama praca może liczyć na dofinansowanie, jeżeli wykonuje ją opiekunka w przedszkolu, ale nie będzie objęta żadnym wsparciem, jeśli wykona ją w domu mama.

Lekarz Małgorzata Ryżko-Skiba, matka trójki dzieci, ze zdziwieniem odkryła dyskryminację we wspieraniu przez państwo matek pracujących na niekorzyść pozostających w domu: – Matka zajmująca się dzieckiem w domu musi płacić za szczepienia zalecane mu przez lekarza, a ta, która oddaje maleństwo do żłobka, ma je tam nieodpłatnie. W lansowany w mediach model współczesnej kobiety wpisana jest jej nieustanna aktywność zarobkowa. Najważniejsze wydaje się to, aby kobieta jak najszybciej po urodzeniu dziecka mogła wrócić na rynek pracy. Według założeń Unii Europejskiej i jej projektu „Strategia Europa 2020”, do 2020 roku aż 75 proc. kobiet powinno być zatrudnionych, a nie siedzieć w domu i wychowywać potomstwo. – Promowanie przedszkoli i żłobków jako rzekomego remedium na problemy demograficzne to nieporozumienie – uważa K. Dobrowolska. – Jak wskazują liczne badania, większość kobiet nie chce szybkiego powrotu do pracy zarobkowej po urodzeniu dziecka. Coraz głośniej mówi się o szkodliwym wpływie żłobków i zbyt długiego przebywania w przedszkolu na prawidłowy rozwój dzieci. Jednak polityka państwa nie pozostawia w praktyce kobietom realnego wyboru co do sposobu opieki nad dziećmi. Presja skłania je do szybkiego powrotu do pracy zawodowej. – Skąd wzięła się taka dyskryminacja matek? – zastanawia się Karolina Dobrowolska. – Moim zdaniem wynika to z faktu, iż na przestrzeni ostatnich 50 lat coraz silniejsze były głosy radykalnych feministek, które dzięki determinacji i dobremu zorganizowaniu przedostały się na fora organizacji międzynarodowych, takich jak ONZ czy Unia Europejska. To właśnie radykalne feministki, np. Firestone czy Pierce, nazwały spełnienie płynące z biologicznego macierzyństwa „patriarchalnym mitem”. Przenikając na grunt ONZ i UE zaczęły podawać się za głos „wszystkich kobiet” i wywierać presję na poszczególne państwa i społeczeństwa. To dzieje się także w Polsce i skutki tego widzimy dzisiaj.

Bez dzieci i zwolnień

43-letnia Małgorzata Ryżko-Skiba z Józefowa koło Otwocka jest lekarzem i robi specjalizację z medycyny rodzinnej. Razem z mężem wychowują trójkę dzieci. Najstarszy Tomek przyszedł na świat w 2001, Tereska w 2004, a najmłodszy Janek w 2007. Jak łatwo obliczyć, odstępy między kolejnymi dziećmi wynosiły trzy lata. – Ciąże były tak planowane, żebym mogła wrócić do pracy między urodzeniem dzieci i nie stracić prawa wykonywania zawodu – wyjaśnia. Jej studia medyczne trwały sześć lat. Do tego trzeba dodać rok stażu. – Moja pierwsza pensja wynosiła 450 zł plus 102 zł za dwa dyżury – wspomina. – Żeby otworzyć konto w banku, zadeklarowałam, że co miesiąc będzie na nie wpływać 500 zł. Ale okazało się, że pieniądze za dyżury wpłacono później i wezwano mnie, prosząc o wyjaśnienie. Pani w banku sugerowała, że przedstawiona przeze mnie kwota dochodów nie jest prawdziwa, bo nikt normalnie tak mało nie może zarabiać. Choć przecież trzymała w ręku moją umowę o pracę – mówi. Pani Małgorzata po urodzeniu Tomka wróciła do przychodni po roku na jedną czwartą etatu. Spodziewając się Tereski, zrobiła doktorat. Według siatki płac dodatek za niego miał wynosić 20 zł na miesiąc, a dostała 70 zł. Wróciła do pracy, kiedy Tereska miała 2,5 roku. Chciała jak najdłużej zostać z dziećmi w domu, bo cierpiały z powodu alergii i musiała im przygotowywać specjalne posiłki. Dlatego po urodzeniu Janka na urlopie macierzyńskim i wychowawczym świadomie została trzy lata. – Kiedy najmłodsze dziecko poszło do przedszkola, wróciłam do zawodu na pełny etat. Odczułam, że w naukowej części mojej działalności zlecano mi zadania poniżej kompetencji – mówi. – Wcześniej dostawałam za zadanie pisanie artykułów i książek, jak również wygłaszanie wykładów na konferencjach i prowadzenie szkoleń. Po powrocie z ostatniego urlopu wychowawczego dopuszczono mnie jedynie do organizowania szkoleń i konferencji.  Kiedy najmłodsze dziecko miało 4,5 roku otworzyłam specjalizację. Przez kilka miesięcy pracowałam w szpitalu na drugim końcu Warszawy.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama