Śmierć Polki na Mont Blanc - będzie dochodzenie ws. organizatora wyjazdu

dodane 01.07.2018 11:25

Wojciech Teister /wp.pl

Mężczyzna bez wymaganych uprawnień prowadził kilkunastoosobową grupę. Według francuskich przepisów na Mont Blanc turystów mogą wprowadzać jedynie licencjonowani przewodnicy i to w grupach maksymalnie 2-osobowych.

40-letnia Polka zginęła w masywie Mont Blanc we wtorek. Poślizgnęła się na zalodzonym odcinku drogi prowadzącym do schroniska Tete Rousse, na wysokości około 2700 m.n.p.m. Nie miała założonych raków. Spadła w 200-metrową przepaść i zginęła na miejscu. 

Była uczestnikiem wyprawy zorganizowanej przez klub z Warszawy. Kilkunastoosobową grupą turystów w drodze na najwyższy szczyt Alp opiekowały się dwie osoby. Kierownik ekspedycji nie miał wymaganych przez francuskie prawo uprawnień przewodnika wysokogórskiego. Gdyby nawet je posiadał, wtedy mógłby prowadzić maksymalnie dwóch klientów. W świetle prawa francuskiego mężczyzna jest przewodnikiem-piratem. Jak podaje portal wp.pl, dochodzenie w tej sprawie prowadzić będzie żandarmeria w Chamonix.

W przeszłości inny Polak był już Chamonix skazany za tzw. "czarne przewodnictwo". Mężczyzna utknął z trójką klientów w czasie zamieci śnieżnej na Mont Blanc w jednym  ze schronów. Kiedy jego towarzysze zechcieli wezwać pomoc, ten zabronił. Gdy mimo gróźb klienci wezwali ratowników, fałszywy przewodnik porzucił ich i  uciekł. Został jednak zidentyfikowany, skazany na pół roku więzienia i 5000 euro grzywny, a wyrok wraz z opisem zdarzenia wywieszono na tablicy w biurze informacji turystycznej w Chamonix - ku przestrodze.

Problem czarnego przewodnictwa jest w Polsce problemem masowym. Niemal we wszystkich branżowych pismach turystycznych ogłaszają się agencje oferujące wyprawy w góry wysokie, pomimo, że organizatorzy nie mają wymaganych uprawnień przewodników wysokogórskich. Wykorzystują przy tym lukę w polskim prawie i swoją ofertę przedstawiają jako tzw. wyprawy partnerskie. Z punktu widzenia prawnego wyprawa partnerska polega na tym, że jej uczestnicy są w równym stopniu za siebie odpowiedzialni, każdy idzie na własne ryzyko. Tyle, że organizator pobiera od uczestników wysokie opłaty za udział w oferowanych wyprawach, co już "partnerskie" nie jest. Wedle umowy jest to opłata za organizację logistyczną ekspedycji, nie zaś za usługi przewodnickie, do których uprawnień kierownik wyprawy najczęściej nie posiada. Foldery reklamowe i opisy wypraw budują jednak w potencjalnych klientach iluzję bezpiecznego wyjazdu organizowanego przez profesjonalistów. A ceny niższe niż u kwalifikowanych przewodników sprawiają, że amatorzy gór wysokich chętnie wybierają tego rodzaju oferty. Niestety, często nieświadomie, biorą w ten sposób udział w wyprawie, w której ignorowane są podstawowe zasady bezpieczeństwa.

Więcej o tzw wyprawach partnerskich i rodzajach komercyjnych wypraw w góry wkrótce w "Gościu Niedzielnym".

«« | « | 1 | » | »»
Przeczytaj komentarze | 3 | Dodaj swój komentarz »


Ostatnie komentarze:

Plusów: 0 podaj nick 03.07.2018 20:23
Niezalogowany użytkownik z rakami chodzi się po niższych szlakach w Tatrach w okresie wczesnoletnim albo jesiennym kiedy jeszcze albo już leży trochę śniegu, a nuż jest zmrożony co dopiero sobie zlekceważyć w Alpach
Plusów: 1 Radek 02.07.2018 11:01
Niezalogowany użytkownik Nie rozumiem, jak można na stoku lodowym chodzić bez raków i bez czekana do hamowania? To tak jakbyście jeździli bez pasów, (bo uwierają i są niewygodne..).
Plusów: 2 Krzysiek 02.07.2018 05:21
Niezalogowany użytkownik To że jest przewodnik licencjonowany też nie gwarantuje braku wypadku i bezpiecznego powrotu. https://ratownictwogorskie.pl/tragedia-w-alpach-szwajcarskich/

wszystkie komentarze >