107,6 FM

Miłość silniejsza od bomb

– Dla nas największym dramatem byłoby stracić wiarę. Bo wiara to nasza tożsamość. Żyjemy dla Chrystusa i dla Niego jesteśmy gotowi na wszystko – zapewnia pochodząca z Iraku Maryam Kurda, mieszkająca od 5 lat w Krakowie.

Dobrze pamięta rok 2014, gdy w Iraku zrobiło się niebezpiecznie. Widziała, jak tysiące chrześcijan z Równiny Niniwy musiało uciekać z domów przed prześladowaniami. ISIS nie dało im wtedy wielkiego wyboru: mogli zostać, wyrzekając się Chrystusa i przyjmując islam, lub uciec w trzy dni, zostawiając wszystko, co posiadali. Mogli też zostać i płacić najeźdźcom ogromne podatki (na które nikogo nie było stać) albo zginąć za wiarę.

To nasza ziemia

– Wiele osób świadomie wybrało męczeńską śmierć – opowiada Maryam. Najgorzej było w Mosulu, gdzie bombardowania trwały od czerwca 2014 roku. W Ankawie (na północy Iraku, niedaleko Kurdystanu), skąd pochodzi Maryam, było nieco spokojniej, ale i tak jutro było niepewne, bo ISIS przemieszczało się coraz bliżej i bliżej. – W pewnym momencie byli zaledwie kilkanaście minut od nas. Baliśmy się, nie wiedząc, czy i kiedy dotrą do nas. Baliśmy się też, że zostanie użyta broń chemiczna – mówi dziewczyna. Jej ojciec zdecydował jednak, że cokolwiek się wydarzy, ich rodzina nie będzie uciekała. – Powiedział, że to jest nasza ziemia, nasz kraj i nie zostawimy go, bo bezpieczne miejsce nie będzie dla nas szczęśliwe. Wierzył, że Bóg nam pomoże. Nie rozumiałam tego do końca, więc pytałam, dlaczego nie możemy wyjechać. Dużo się modliliśmy i z czasem wszyscy byliśmy pewni, że zostajemy. Dla wiary – wspomina. Pewnej nocy obudził ją dziwny hałas. Do Ankawy dotarło wtedy bardzo dużo ludzi. Szli w stronę kościoła, w którego pobliżu mieszkała. Uciekli z Mosulu, gdzie bojownicy zajęli kolejne miejsca. Mówili, że ich domy były oznaczane literą „N”, od słowa „Nazarejczyk”. Dla ISIS był to sygnał, że należą do chrześcijan, których można zabić. – Arcybiskup otwierał dla nich kościoły i ogrody, a my pomagaliśmy im jako wolontariusze. Ale jak pomóc kobiecie, która nie prosi o jedzenie, choć go nie ma, tylko o to, by odzyskać jej córkę porwaną przez ISIS? – mówi Maryam.

Opatrzność zdecydowała, że niebawem została objęta programem pomocy polskiego rządu dla chrześcijan w Iraku i przyjechała do Polski. W październiku 2014 r. rozpoczęła studia na Uniwersytecie Jagiellońskim na kierunku stosunki międzynarodowe i naukę języka polskiego. Za kilka miesięcy chce obronić pracę licencjacką, a potem skończyć studia magisterskie i wrócić do Iraku. Marzy, że na Bliskim Wschodzie w końcu zapanuje pokój i znów nikt nie będzie nikogo pytał o wyznanie. Tak, jak przed wojną, gdy chodziła do szkoły, w której uczyli się chrześcijanie i muzułmanie. Patrząc jednak na wydarzenia ostatnich dni, wie, że to nie będzie proste. Rozmawiamy kilka godzin po tym, jak w nocy z 7 na 8 stycznia Iran przeprowadził atak rakietowy na bazy wojskowe USA w Iraku. – Bomby spadły też na lotnisko, na którym byłam zaledwie kilka dni temu, i niedaleko mojego domu. Bardzo martwię się o rodzinę, ale tata mówi, że Bóg i przez to ich przeprowadzi – podkreśla dziewczyna i dodaje, że Irak cierpi, bo stał się miejscem rozgrywania konfliktu pomiędzy Iranem a USA. Prosi też Czytelników „Gościa” o modlitwę za swój kraj. – Dzięki niej czujemy, że nie jesteśmy sami – przekonuje. Potrzebna jest także pomoc materialna, o którą troszczy się m.in. Papieskie Stowarzyszenie „Pomoc Kościołowi w Potrzebie”. Współpracując z nim, Maryam często opowiada o tym, co przeżyła. Prosi nas również, byśmy bardziej doceniali to, że w Polsce bez problemu można chodzić do kościoła. – W Iraku musimy walczyć o to, by móc praktykować – zaznacza Maryam, należąca do Kościoła chaldejskiego. Językiem liturgii jest w nim język aramejski. Ten sam, którym posługiwał się Chrystus.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama