107,6 FM

O tym, że kiedy traci się o rękę zyskuje się przyjaciół, albo ich odkrywa

Kiedy nie ma się prawej ręki trzeba się żegnać w środku. Wtedy czuć jak krzyż dotyka naszych trzewi, naczyń krwionośnych, ociera się o serce.

Nikt nie widzi, że kreślimy ten znak, ale my zaczynamy czuć, że mamy wnętrze, w którym stoi na centralnym miejscu.

Od dwóch tygodni nie mam prawej ręki. Wywróciłam się na schodach w Mediolanie i złamałam ją w nadgarstku z przemieszczeniem kości. Kiedy z przerażeniem patrzyłam na dłoń bezradnie zwisającą obok przedramienia, a nawet pobudzona adrenaliną, próbowałam ją wstawić na swoje miejsce, dotarło do mnie, że nie mogę nic.

Nie mogę nic? Przypomniało mi się nasze rozmowy prowadzone z Krzysztofem Zanussim o roli przypadku, o którym Wojciech Kilar mówił, że to świeckie imię Boga. O tym, że cierpieniu należy nadać sens, ofiarując go za kogoś. A po co było, okaże się po drugiej stronie.

Łatwo tak sobie rozmawiać, kiedy nie bolą pocięte przez noże koagulacyjne kości, bo w Piekarach Śląskich wszczepiono mi łączący je implant. Kiedy już jest się w centrum cyklonu wywołanego przez własne ciało przychodzi tylko myśl, czy tak rozpaczliwie znoszone cierpienie może być jakąkolwiek ofiarą?

Przez ostatnie dwa tygodnie poznaję szeregi osób podobnych do mnie. Pokiereszowanych jak po jakiejś wojnie. Z rękami na temblakach, w białych bandażach przez które prześwitują pieczątki krwi. Okazuje się, że wystarczy tylko chwila, żeby przenieść się z redakcji, nieustających podróży, spotkań z ludźmi prosto na wojenny front.

Jednak nie o walce z własnym ciałem chciałam dzisiaj opowiedzieć, ale o ludziach, którzy sprawiają, że chorym chce się zdrowieć. Nawet, kiedy nie mają prawej ręki, której dotąd zawierzali najskrytsze słowa, a ona zapisując je brała udział w wielkim misterium spotkania. Niedoceniana nieustannie uczestniczyła w geście powitania.

Chciałabym umieć opisać młodą pielęgniarkę z czarnym warkoczem, która nocą co kilkadziesiąt minut zaglądała do naszej sali w szpitalu w Piekarach Śląskich, i cichym, uśmiechniętym głosem mówiła: dobry wieczór. Podawała kroplówki, pomagała zmienić miejsce na łóżku, obluzowywała bandaże,

badała czy do palców dochodzi krew. A wszystko z największą troskliwością, jakbyśmy my - pacjentki - były jej najukochańszymi dziećmi. Bez chwili zniechęcenia czy zniecierpliwienia. Jakby wzięła sobie do serca słowa mentora profesora Mariana Zembali - profesora Brossa- który mówił młodym lekarzom: masz odpowiadać z taką samą empatia nie tylko pacjentowi, który pyta cię po raz trzeci ale i sto trzeci. Jeśli tego nie umiesz zrezygnuj z bycia lekarzem.

Albo chciałabym utrwalić współczujące spojrzenie ordynatora oddziału rekonstrukcji ręki, które wysłał mi następnego dnia po operacji, ciche zrozumienie, solidarność, przytulenie, jeśli da się przytulać oczami.

Albo wszystkich skupionych wokół Matki Bożej od Szczęśliwych Powrotów, także szczęśliwego powrotu do zdrowia, którzy nieustannie słali mi SMS-y, wiadomości, ze słodkim jak plaster miodu zapewnieniem, że się modlą.

Dawnego bezdomnego Rudolfa, mieszkającego w pałacu Migliorii w Watykanie, który poszedł się pomodlić przy grobie tak mi bliskiego Jana Pawła II. I telefony i odwiedziny bliskich, kolegów z redakcji…

Dotąd pisałam wiele wierszy o ręce. Że moja ręka pasuje do twojej, że trzymamy się za ręce, patrzymy sobie w oczy i jest samo święto. Teraz nie pisze, ale widzę, że mam przyjaciół, których powinnam opisać. Także tych, którzy wzięli się z mojego pisania.

Może musiałam na jakiś czas stracić umiejętności posługiwanie się prawą ręką, żeby zastanowić się o czym tak naprawdę powinnam pisać. I czy znak krzyża, który często nią kreśliłam, był przypomnieniem choć grama Wielkiej Męki?

« 1 »

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama