107,6 FM

Koronka jak balsam

A gdybyś tak na trzy dni stracił wzrok? Czego byś się uchwycił...? Dla Agnieszki była to Koronka do Bożego Miłosierdzia.

Był luty 2010 roku. Właśnie przeszła operację na kolano, ale nie przypuszczała zupełnie, że to zapoczątkuje lawinę komplikacji. Wylądowała ponownie w szpitalu z powodu zapalenia jelit. Lekarz przepisał lekarstwa, które miała przyjmować co 8 godzin.

- Rankiem 12 lutego w domu wzięłam te same leki. Położyłam się jeszcze na krótko, a gdy się obudziłam, zorientowałam się, że dzieje się coś niedobrego. Pierwszym widokiem, który zawsze "witał" mnie po obudzeniu, był obraz Matki Bożej Częstochowskiej wiszący na przeciwległej ścianie w pokoju. Tym razem go nie zobaczyłam - opowiada Agnieszka Otłowska, przez kilka lat nasza redakcyjna koleżanka w "Gościu Płockim".

Nie widziała nawet własnej dłoni, gdy próbowała przybliżyć ją do twarzy. Nie widziała nic. Po omacku dotarła do łazienki, by przemyć oczy wodą w nadziei, że to pomoże. Bezskutecznie. - Nie miałam pojęcia, co mogło się stać, i w pierwszej chwili emocje wzięły górę. Rozpłakałam się jak dziecko. Przed oczami miałam tylko ciemną plamę - wspomina po 10 latach od tamtego wydarzenia.

- Rodzice byli w pracy i dlatego zdecydowałam się zadzwonić do cioci, która z pewnością była w domu i jako dawny pracownik szpitala mogła mi w jakiś sposób pomóc - mówi. Udało się. Zaczęło się bieganie do lekarzy, od rodzinnego do specjalistów. Wreszcie trafiła na oddział okulistyczny w ciechanowskim szpitalu. Cały czas prowadzona pod rękę przez bliskich. Zdana na drugiego człowieka. W szpitalu natychmiast zajęło się nią chyba z pięciu lekarzy i kilka pielęgniarek. W błyskawicznym tempie udało się zrobić szybkie i podstawowe badania. Wstępna diagnoza brzmiała, że zaburzenia widzenia to reakcja uboczna po przyjętych lekach. Przypadek może jeden na tysiąc. Ale ona nie widziała nawet odrobiny światła. Do tego straszny, migrenowy ból głowy, taki, w którym przeszkadzają nawet własne włosy.

- Lekarze rozłożyli ręce. Skierowali mnie na badanie tomograficzne, aby lepiej zorientować się, co może być przyczyną niewidzenia. Trafiłam do szpitala w Makowie. Przez ten czas pozostawałam w gąszczu rozpaczliwych pytań i myśli. Co się dzieje? Dlaczego nie widzę? Co znów Pan Bóg chce mi przez to powiedzieć? Pierwsza myśl, jaka mi się zrodziła w głowie, to jak ja mogę nie zobaczyć już rodziców. Jak ja sobie poradzę w życiu? - opowiada po latach.

Pamięta moment, gdy w szpitalu w jej rodzinnym Makowie Mazowieckim odwiedzili ją krewni. Wtedy jedna z osób powiedziała jej: "Agnieszka, wszystko będzie dobrze, bo masz nad łóżkiem obrazek Jezusa Miłosiernego". W czasie badania tomograficznego wróciły do niej słowa księdza wypowiedziane podczas poświęcenia aparatu wykonującego jej badanie: "Święcę ten aparat, aby ratował ludzkie życie. By korzystający z niego pacjenci mogli cieszyć się wcześniejszym wykryciem choroby". Przyznaje, że nigdy nie spodziewałaby się, że wkrótce po tamtej uroczystości znajdzie się tu sama, jako pacjent. Trudno było pohamować łzy.

- Jak zawsze miałam wtedy przy sobie różaniec, na którym często odmawiam Koronkę, bo ona daje mi spokój serca i jest takim balsamem dla duszy. I przez kolejne dni spędzone w szpitalu właściwie bez przerwy odmawiałam Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Kończyłam jedną, zaczynałam kolejną. Jakbym uruchomiła taśmę - wspomina Agnieszka. Patrząc z perspektywy czasu, uważa, że tylko dzięki temu miała siłę, aby przyjmować to, co Bóg jej daje. Odebrała także wiele telefonów od znajomych księży, którzy zapewniali o modlitwie i odprawianej w jej intencji Mszy św.

Wynik badania był pocieszający - nie wykryto żadnych ucisków. - Pani doktor kazała mi odstawić leki i zapewniła, że to minie. Ale ja zastanawiałam się, kiedy to nastąpi. Jednak po trzech dniach zaczęłam dostrzegać jakieś przebłyski światła. Wezwałam lekarza. Po południu tego dnia coraz bardziej zaczęło mnie razić światło. Tak jakby się było w ciemnym tunelu i raptem wyszło się na światło - wspomina.

Powoli odzyskiwała wzrok, ciesząc się, że tym, co do tej pory, podobnie jak każdy zdrowy, w pełni sprawny człowiek, uważała za oczywiste. W tamtych dniach, przyznaje Agnieszka, często powracało do niej wspomnienie o babci, która miała zaćmę i wymagała pomocy. Teraz na własnej skórze doświadczyła bezradności i zależności od innych ludzi, żałując swojej wcześniejszej irytacji.

Po jakimś czasie przyjechała do Płocka. Instynktownie pierwsze kroki skierowała do sanktuarium Bożego Miłosierdzia, wtedy jeszcze w dawnej kaplicy, gdzie dziś buduje się nowy, piękny kościół. - Powiedziałam sobie, że teraz Koronka będzie mi nieustannie towarzyszyć. To "Jezu, ufam Tobie" oznacza dla mnie: "Jezu, co ma być, to niech będzie" - mówi Agnieszka.

Cztery lata później przyszła kolejna lekcja Bożego Miłosierdzia i zaufania. Odwiedzając w warszawskim szpitalu ciężko chorego ks. Piotra Błońskiego, którego znała jeszcze z płockich pielgrzymek na Jasną Górę, uświadomiła sobie, że miłosierdzie nie woła o wielkie rzeczy i czyny, ale najczęściej o proste gesty i obecność.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..
  • spe
    22.04.2020 00:11
    Bartymeusz nie wstydził się wołać głośno do Jezusa, choć inni go uciszali - i to go uratowało! Królesto Boże zdobywają "gwałtownicy", którzy się do niego wdzierają, nie mając waględu na ludzkie pozory!
    doceń 0
Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama