107,6 FM

Lubię być otoczona światłem

O świetle z nieba potrzebnym jak codzienna kawa, odwadze i śląskiej tożsamości opowiada prof. Dorota Simonides.

Barbara Gruszka-Zych: Wypiła już Pani Profesor dzisiaj kawę?

Prof. Dorota Simonides: Absolutnie tak – espresso bez cukru i mleka. Piję je pięć razy dziennie, bo mam ciśnienie 110 na 60. To rytuał dający mi power. Wtedy jak disneyowska myszka pytam: „Gdzie ten kot?”. I wydaje mi się, że wszystko mogę.

Rytuały to punkty stałe, na których trzyma się codzienność.

To prawda, bez kawy nie mogłabym żyć.

A bez czego jeszcze?

Bez kontaktu z transcendencją. Mam zawsze blisko Jana Pawła II, św. Faustynę, której najpierw nie mogłam objąć umysłem, ale potem włączyłam wiarę. Mało kto o tym wie, że każdego ranka cały kolejny dzień poświęcam Bogu, bo potem jestem zabiegana. Tylko od czasu do czasu podnoszę oczy w górę i już wiadomo, że jestem z Nim w kontakcie. Ciągle mnie pytają: skąd u pani tyle energii? A ja ją mam stamtąd.

Tej energii nie straciła Pani nawet po tak traumatycznym wydarzeniu, jakim była powódź tysiąclecia w 1997 r. Pod wodą znalazło się wtedy Państwa mieszkanie na Pasiece w Opolu.

Nie wiedziałam, że to nastąpi tak szybko. Do drugiej w nocy z mężem Jerzym pakowaliśmy książki, bo mieliśmy ich pełen dom. Wyłączono gaz i prąd, dlatego zapaliłam moje świece. Mam takie hobby, że gdziekolwiek w świecie byłam, kupowałam piękne guziki, żeby w tej szarej, socjalistycznej rzeczywistości mieć przy kostiumie czy sukience coś ładnego. Z podróży przywoziłam także świece.

Skąd pomysł na kolekcjonowanie świec?

Świeca zawsze miała dla mnie szczególne znaczenie. W domu rodzinnym zapalano ją podczas burzy, a wtedy wszyscy żeśmy się wokół niej skupiali. Na Boże Narodzenie na stole musiały być świece, choć przed wojną nie były dla nas tanie. W Dzień Zaduszny paliliśmy je na grobach, bo ich światło łączyło nas ze zmarłymi.

A teraz Pani Profesor otrzyma tytuł „Światło ze Śląska”.

Bardzo mnie to cieszy, bo nadal lubię być otoczona światłem. Tu stoi jeden, a tu drugi świecznik. Przed portretem podarowanym mi przez Jana Pawła II też zapalam świece. Mam ich pełno w szufladach. To światło jest mi potrzebne jak kawa.

Podczas powodzi światło świec było niezbędne do ratowania książek.

Zapaliliśmy je, nie patrząc, że wszystkie stracę, bo książki miały dla nas większą wartość. Nagle w radiu ogłoszono, że przerwało wały i idzie woda. Natychmiast zjawiła się policja: „Pani senator, szybko” – usłyszałam. Ktoś chwycił mnie za rękę i wypchnął za drzwi, a za mną męża.

Ale wróciła Pani po krem…

Czy kobieta prosta, czy superwykształcona ratuje to, co czyni ją piękną. W panice chwyciłam pusty pojemnik po francuskim kremie i trzymałam tak kurczowo, że nie mogłam otworzyć dłoni. Myślano, że nie wiadomo co tam mam. Za chwilę woda zalała po sufit pięć naszych pokoi. Przez 10 dni stały w bagnie. To było bagno z ocynkowni „Metalchem”, 20 ton oleju napędowego, piekielny smród…

Przepadły książki, meble, sukienki…

Nie miałam nic do ubrania. Mnie jeszcze pasowało coś od synowej i córki, ale mąż nie miał czego włożyć. Wszystko trzeba było kupić, począwszy od bielizny. Powódź nauczyła mnie, co znaczy mieć 100 tys. zł kredytu i żyć.

Mogła Pani wtedy siąść i płakać…

Na szczęście miałam suche biuro senatorskie, a ponieważ byłam wiceprzewodniczącą trzeciego koszyka OBW, natychmiast zaczęłam organizować pomoc dla innych. Przez pewien czas wykładałam na uniwersytecie w Getyndze, więc mnie znali za granicą i natychmiast zareagowali na moje prośby. Przyjęliśmy wtedy w Opolu ponad 300 transportów z pomocą zagraniczną. Podczas tej pracy ciśnienie skoczyło mi do 200, ale nie poszłam do szpitala, tylko robiłam swoje.

Zamiast użalać się nad sobą, zajęła się Pani innymi.

Wszystkim, którzy są w ciężkiej żałobie, radzę, żeby przekuli swój ból na działanie. Mogą iść do hospicjum i niech choć potrzymają chorego za rękę. Wokół jest tylu samotnych, mogą z nimi porozmawiać.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama