107,6 FM

Układanka

Mówi, że jest szczęściarą. Choć od roku, kiedy zmarł jej mąż Karol, sama zajmuje się dwiema córeczkami. A starszą, 9-letnią Kingę, jak niemowlaka musi przewijać, karmić, myć, ubierać, rehabilitować.

Jestem szczęściarą, bo mimo trudnych doświadczeń potrafię dostrzec ogrom darowanego mi dobra – tłumaczy delikatnym głosem, bez odrobiny goryczy Natalia Forner-Czaja. – Gdzieś głęboko w sercu odczuwam wdzięczność, że Bóg troszczy się o mnie i uzdalnia do rzeczy wcześniej niemożliwych. Widać to na przykładzie najprostszych czynności, którymi dzieliliśmy się dotąd z mężem. Teraz sama potrafię nie tylko równocześnie usypiać obie córeczki, ale też podejmować odważne, męskie decyzje. Bóg otwiera mi serce jak drzwi i pokazuje, że za jednymi znajdują się następne. Ważne, żebym pozwoliła Mu je otworzyć i przyjmowała, co daje.

Najpierw za tymi otwartymi drzwiami spotkała Kinię, bo tak zdrobniale nazywa córeczkę, która przyszła na świat z nieznaczną mutacją w trzeciej parze chromosomów, dotąd nieopisaną jako jednostka chorobowa. Jej niepełnosprawność zmobilizowała ich z mężem do jeszcze większej miłości. Poczuła, że kolejne drzwi otwierają się gwałtownie, kiedy w zeszłym roku w drodze na ferie zimowe nad morzem 6 km od celu ich samochód zderzył się z drzewem. Najmniej ucierpiała młodsza córka Laura. Kinia złamała obie nóżki i doznała ogólnych stłuczeń. Ona złamała kość udową, kości miednicy, wszystkie żebra, palec i dwa zęby. Mąż miał złe rokowania po zdiagnozowanym pęknięciu śledziony i urazie głowy.

Obydwoje skończyli teologię i często rozmawiali o Bogu, zwłaszcza od momentu, kiedy wstąpili do wspólnoty SNE Chrystusa Króla w Katowicach. Ale najbardziej poczuli Jego namacalną obecność po wypadku. Kiedy mąż zmarł 2 listopada, miała pewność, że te dziewięć miesięcy choroby było mu dane na przygotowanie do nieba. Ona też przygotowywała się wtedy do nowego życia – w pojedynkę, ale nie samotnie, bo bliżej Boga. – Nie narzekam na los, bo wierzę, że to nie ślepy traf, a życie, którego dawcą jest Bóg, przyniosło mi te wszystkie doświadczenia – mówi.

Oczy

Dni z Kinią są do siebie podobne, a noce mniej lub bardziej nieprzespane. – W nocy zdarza jej się najwięcej tzw. napadów – wyładowań wewnątrz komórek nerwowych – które niejednokrotnie kończą się ciężkim atakiem padaczkowym – opowiada. – Konieczne jest, żebym była w pobliżu, bo gdybym nie usłyszała, że dzieje się coś niepokojącego, mogłabym córkę narazić na duże niebezpieczeństwo. Wiele udało się wypracować intensywną rehabilitacją i terapiami.

Nieraz kładzie się spać w środku nocy, a wstaje najczęściej około 6.00, kiedy dziewczynki śpią. Zaczyna dzień od godzinnej modlitwy brewiarzem i rozważania Słowa z czytań danego dnia. Potem dzieli się tym słowem z ludźmi ze wspólnoty: – Po obudzeniu córek zajmuję się przewijaniem i ubieraniem Kini. Jak na swój wiek jest dużym dzieckiem, więc największą trudność sprawia przenoszenie jej. Przy wsparciu mamy przygotowuję obie do wyjścia. Chodzą do różnych szkół, więc kiedy zawożę jedną, to z drugą zostaje mama. Przy ich odbieraniu czasem pomagają mi tata i bliscy znajomi. Dwa razy w tygodniu po szkole jedziemy na rehabilitację do Ośrodka Rehabilitacyjno-Opiekuńczego w Brzezince. Po powrocie jest czas na karmienie, przewijanie, zabawę i ćwiczenia ruchowe. Wieczorem znów karmienie, a potem kąpiel i usypianie.

Dla postronnego obserwatora to monotonne, ale ona przy każdym pochyleniu nad córeczką w inny sposób przegląda się w jej oczach. – Miejscem łączącym duszę Kini z ciałem są oczy, z których bardzo wiele można wyczytać – zdradza tajemnicę, której jest świadkiem. – Promienieją radością biorącą się z czystego serca i piękna jej duszy. Kinia nie jest w stanie świadomie wyrządzić jakiejkolwiek krzywdy. I dlatego, że nie czyni zła, wydaje mi się bliższa wzorowi człowieka, którego stworzył Bóg. Trud i zmęczenie, jakich doświadczam, zajmując się nią, dają mi poczucie sensu życia.

Strach

Ciąża i urodzenie Kini przebiegły bez komplikacji. – W domu wszystko było przygotowane. Do dziś pamiętam zapach pościeli i wystrój kącika w sypialni z łóżeczkiem – opowiada. – W drugiej dobie u córeczki pojawiły się napady padaczkowe i niepokojące objawy neurologiczne. Byliśmy z mężem przerażeni, pełni lęku, niepewności i mnóstwa trudnych do nazwania emocji. Czułam się w pewien sposób winna, a może nawet odebrałam to jako własną porażkę. Znajomym rodziły się zdrowe dzieci i to sprawiło, że początkowo unikałam kontaktu z otoczeniem. Kiedy po miesiącu przyszło mi zostać z Kinią pierwszy raz w szpitalu, robiłam wszystko, żeby uniknąć tej konieczności. Mój strach był silniejszy od wszystkiego, choć było mi przed sobą wstyd. Po roku spotkałam inną mamę, która miała podobne doświadczenie, i zrozumiałam, że takie reakcje są naturalne. Odkryłam, jak bardzo lęk może niszczyć wolę opieki nad takim dzieckiem. Dopiero po półtoramiesięcznym pobycie w szpitalach przywieźliśmy córkę do domu, wiedząc, że zrobimy wszystko, by była zdrowa.

Radość

– Wielu pytało, po co robiliśmy córce przeróżne badania – wspomina. – Nie poprawiły jej stanu zdrowia, ale po otrzymaniu wyników przyjęliśmy do wiadomości, że prawdopodobnie będzie niepełnosprawna do końca życia. Uważam, że akceptacja choroby dziecka jest kluczowym momentem w mierzeniu się z trudnościami i stanowi pierwszy etap żałoby. Wtedy też uznaliśmy, że skoro Bóg dał nam taką córkę, wyprowadzi z tego dobro. Kinia miała bardzo duże problemy i bardzo małe szanse na normalne życie, ale nie zamieniłabym tego życia na żadne inne. Po 9 latach nie żałuję ani jednej chwili z nią. W swojej słabości i brakach daje mam tak wiele. Kiedy mówię, że jest wyjątkowa, nie myślę o jej ograniczeniach, ale o wrażliwości na piękno. Jak nikt potrafi cieszyć się muzyką, naturą, ulubioną hipoterapią i nami. Jest pozbawiona wielu przyjemności, możliwości zabawy, dość mocno ograniczona ruchowo i mentalnie, nie mówi, nie porusza się samodzielnie, musi być karmiona, pieluchowana. Ale mimo to ma więcej niż ma wielu zdrowych: promienieje niesamowitą radością. Cieszy ją to, co nieraz potrafimy przeoczyć – słońce, wiatr nad morzem, piosenka o skrzatach-chwatach słuchana tak często, że płyta prawie się zdarła, widok babci witającej ją rano słowami „dzień dobry”. To dla mnie niesamowity ładunek dobrej energii.

Laura

– Nasza druga córeczka Laura urodziła się dwa i pół roku później – opowiada. – Podczas badań w ciąży z nią okazało się, że jestem obciążona tym samym co Kiniusia rodzajem mutacji genetycznej. Dużo się modliliśmy i urodziła się zdrowa dziewczynka. Zawsze marzyłam, żeby mieć bliźniaki i od przyjścia na świat Laury jest tak, jakbym je miała. Kinia, która miała dwa i pół roku, wymagała takiej samej opieki jak noworodek. Obie chciały jeść w tym samym momencie, często po kolei trzeba je było przewijać. W tym roku obie poszły do pierwszej klasy, choć Kinia, ze względu na niepełnosprawność, do innej szkoły. Po narodzinach siostry przeżyła traumę, bo przez kilka dni nie było mnie przy niej. Później zaczęła walczyć o moją uwagę. To był bardzo dobry objaw, bo pojawiła się u niej motywacja do działania, i od tego momentu rozpoczął się jej rozwój. Dzisiaj siostry są ze sobą bardzo związane. Laura stara się być bardzo opiekuńcza i nieraz wchodzi w rolę pomocnika terapeutów. Ostatnio nie widząc, że stoję za Kinią, kiedy ta uderzyła się w nóżkę, zaczęła ją pocieszać jak kochająca mama. Podbiegła z chusteczką, ocierała jej łzy, nosek i tuliła. Oczywiście bywają momenty, kiedy Kinia głośno śpiewa i bawi się, targając narysowane wcześniej arcydzieła Laury, co powoduje ogrom emocji i niezrozumienie młodszej siostry. Ale tak bywa ze wszystkimi dziećmi.

Pokój

Bardzo dobrze pamięta ostatnią rozmowę z mężem w czasie postoju, kilka godzin przed wypadkiem: „Teraz już wiem, że najpierw trzeba zacząć od zapytania Boga, czego Ty chcesz ode mnie, a potem to robić” – powiedział jej. We wspólnocie i w życiu miał wiele pomysłów na pomaganie innym. Przyciągał ludzi do siebie, wyłapywał potrzebujących wsparcia. Po wypadku, kiedy po operacjach razem z Kinią wróciły do domu, a Karol został w szpitalu, to inni otoczyli ich pomocą. – Na OIOM-ie w boksie Karola zaprzyjaźnieni księża odprawiali Msze św. – wspomina. – Kiedy byłam zmuszona leżeć przez sześć tygodni, doświadczyłam w głębi serca niesamowitego pokoju. Wiedziałam, jak wielu modli się za nas, ofiaruje w naszej intencji Komunię św., pości. Otaczali nas ludzie dobrej woli. Zanim pomyślałam, co może być dla mnie problemem i jak go mam rozwiązać, już ktoś dzwonił z pomocą. Tak było np. z łóżkiem rehabilitacyjnym. Zrzutka na nasze leczenie o 80 proc. przekroczyła założony cel. A poza tym to była Boża łaska, że zdrowiałam tak szybko, ku zdziwieniu lekarzy i rehabilitantów.

Przymierze

Po wypadku Karol został na OIOM-ie w szpitalu w Gryficach. Infekcje, które go dopadły, doprowadziły do śpiączki. – W dziewiątą rocznicę naszego ślubu zatrzymało mu się krążenie i nastąpiło uszkodzenie układu nerwowego, ale my uparcie trwaliśmy przy jego łóżku na modlitwie – opowiada. – Cud się wydarzył, bo po kilku miesiącach, mimo że pod respiratorem, ale bez leków podtrzymujących życie, został przetransportowany na rehabilitację do Krakowa. Mimo śpiączki czasem reagował, poruszając nogą w odpowiedzi na nasze konkretne pytania i modlitwę. Zanim stracił przytomność, powiedział swojej mamie, która mobilizowała go, żeby walczył: „Nie jestem wojownikiem, jestem katolikiem”. Po jego odejściu razem z bliskimi i wspólnotą wielbiła Boga przy otwartej trumnie. – Niesamowite było ostatnie pożegnanie w kościele, w którym Karol był szafarzem, przez tych, którym służył we wspólnocie. Gdy staliśmy nad jego grobem, ktoś pokazał rozciągniętą nad naszymi głowami tęczę, która w takich warunkach pogodowych nie miała prawa się pojawić. Pomyślałam, że to znak przymierza Karola z Bogiem.

Układanka

Po pogrzebie wielu mówiło, że historia jego choroby zmieniła ich serca, decyzje, a nawet życie – wspomina. Ona też uczyła się na nowo żyć. – Pamiętam moment przed świętami Bożego Narodzenia, kiedy weszłam do sklepu kupić prezent dla taty. Odruchowo wybrałam numer telefonu Karola, żeby się skonsultować. Poczułam wtedy jego realny brak. Mała rzecz, a spowodowała lawinę emocji. Swój smutek przeżywałam nieraz na cmentarzu, modląc się ze świadomością, że życie się nie kończy i że po drugiej stronie mam orędownika. Za każdym razem, kiedy jechałam sama do znajomych, w miejsce, w którym bywaliśmy razem, musiałam walczyć ze sobą, żeby przełamać opór i iść dalej.

Odkryła, że życie przypomina fragmenty układanki, które składają się w całość. – Czasem przychodzą burze i puzzle się rozpadają – mówi. – Kiedy brakuje jakiejś części, trzeba jej dłużej poszukać, popłakać, a nawet zwątpić, aż w końcu się znajdzie. Bardzo wtedy pomagają stojący obok, pokazujący wszystko z innej perspektywy.

Ufa, że jak mówi słowo Boże, „Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra z tymi, którzy są powołani według Jego zamiaru”.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama