107,6 FM

Życie to nie kawa na tarasie

Dzieci stały się sensem ich funkcjonowania. Wypełniają każdą chwilę i dosłownie każdy kąt ich domu. Wybrali tę drogę z czystej miłości, którą wlewają od lat w małe serca.

Już przy bramie wjazdowej na podjeździe przed domem wybiega do mnie Michał, jedno z ośmiorga dzieci w domu państwa Małgorzaty i Ryszarda Nowaków. Podchodząc pod drzwi, mijam różne zabawki. Gospodarze witają mnie serdecznym uśmiechem i spokojem. Jeden z pierwszych bardzo ciepłych dni sprawia, że gwar rozlega się na podwórku, bo gromadka dzieci rozbiegła się w różne strony. Rumieńce na twarzach i niespożyta energia – to charakteryzuje maluchy, które przebywają obecnie w rodzinnym domu dziecka w Zwanowicach.

Pusty dom to nie dom

Czteroletni Krystian urodził się dosłownie na ulicy w 28. tygodniu ciąży. Ważył 1,5 kilograma. Dostał wylewów drugiego i trzeciego stopnia. W drugiej dobie przeszedł operację serca, wkrótce doszło do zakażenia jelit, które w końcu pękły. Chłopiec do trzeciego miesiąca przebywał pod respiratorem. Zaatakowała go także sepsa. – Kiedy trafił do nas, miał bardzo niską odporność i był pozbawiony miłości. Bez miłości dom nie może funkcjonować. Dzieci pod tym względem nie oszukamy. One muszą czuć się kochane, bo wtedy rozwijają się lepiej i to potwierdza nauka – opowiada Małgorzata Nowak.

30 lat marzyła o zbudowaniu domu i ciągle coś wychodziło nie tak. Po 25 latach pracy w szpitalu jako pielęgniarka wyjechała z mężem i dwójką biologicznych dzieci do Anglii. Kiedy małżeństwo wracało do Polski, dzieci, już dorosłe, zostały na Wyspach i tam ułożyły sobie życie. – Jeszcze będąc za granicą, doszłam do wniosku, że nie mogę żyć bez dzieci. Wybudowaliśmy szybko w naszym kraju dom, ale on stał pusty. A pusty dom to nie dom. Po powrocie do ojczyzny przez rok modliłam się o wskazanie mi drogi. Panie Boże, którędy mam iść? Szarpało mnie na prawo i na lewo, a Bóg to w końcu pięknie poukładał, jak puzzle. Po latach mogę z całą pewnością stwierdzić, że wykonuję zadanie, do którego mnie powołał. Spełnił moje marzenie, choć wolę patrzeć z innej pespektywy – to ja spełniam wolę Bożą – stwierdza 61-latka. Kiedy pracowała w szpitalu na oddziale noworodkowym, była świadkiem, jak kobiety zostawiały tam swoje dzieci z różnych powodów – od nacisków rodziny, przez różnorodne problemy, po zwykłą niechęć. Zdecydowała, że będzie się zajmować tymi dziećmi. Przeszła z mężem specjalne szkolenie i w swoich czterech ścianach prowadzi rodzinny dom dziecka, do którego sąd we współpracy z Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie kierował kolejne pociechy.

Na cztery ręce

Zaczęło się w 2012 roku od bliźniaków. Za tydzień była Karolina, a potem z dnia na dzień pojawiła się siódemka dzieci. Przez 9 lat (2012–2021) przez rodzinny dom dziecka u Nowaków w Zwanowicach przeszło 56 dzieci. Te najmłodsze miały 4–5 dni, a najstarsze 13 lat. Porzucone przez rodziców lub odebrane przez sąd rodzinom z powodu nieporadności. Po pobycie u państwa Nowaków (średnio 1–2 lata) trafiają do adopcji lub wracają do biologicznych rodziców. – Jeżeli przyjmujemy dziecko, to musimy być gotowi, że będzie u nas nawet do 18. roku życia. Teraz najmłodsze ma 7 miesięcy, a najstarsze 8 lat. Rodzinne domy dziecka opiekują się od 4 do 8 dziećmi. Chociaż za naszą zgodą był taki krótki moment, że zajmowaliśmy się dwanaściorgiem dziećmi i kilka razy dziesięciorgiem – wspomina Ryszard Nowak.

To wykańczająca praca, ale i wielka misja. Dlaczego się jej podjęli? – Bo kochamy Boga i dzieci – odpowiada szybko Małgorzata. – Żona od listopada powinna być na emeryturze, ale kontynuuje swoją misję. Nie chce jeszcze odpuścić – dopowiada Ryszard. – Bo nie chcę ich skrzywdzić. Ja naprawdę mam jeszcze dużo energii. Zdążę sobie odpocząć. Czy życie polega na piciu kawy na tarasie? Nie sądzę. Owszem, tęsknię za ciszą i wolnym czasem, ale staram się je wygospodarować w ciągu dnia lub w nocy, gdy dzieci śpią – tłumaczy żona i mama.

Razem z mężem mają cztery ręce, a dzieci w domu jest dwa razy więcej. Państwo Nowakowie świetnie opanowali sztukę organizacji dnia. Nie mają czasu na zamartwianie się, na szukanie problemów, tworzenie trosk i trudności. Tutaj jest akcja i reakcja, bo czas płynie. Gdy pojawia się problem, trzeba go po prostu rozwiązać. Nie zastanawiać się nadmiernie, nie roztkliwiać się. Przy dzieciach trzeba też umieć przewidywać ze względu na bezpieczeństwo. Wszystko musi być poukładane – posiłki, lekcje, zajęcia dodatkowe, wizyty lekarskie – bo inaczej misterny plan się rozleci. – Biorę czwórkę na spacer, druga czwórka śpi. Pomagamy sobie z mężem. Czasem, gdy nam coś wyskoczy w harmonogramie, rzeczywiście trudno wrócić na normalne tory, ale nie ma innego wyjścia. Trzeba sprostać wyzwaniu. Dzisiaj zauważyłam, że najbardziej rodziców niszczą i denerwują lęk oraz niewiedza. Natomiast jeżeli poznamy dziecko, wówczas sobie poradzimy – analizuje 61-latka.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama