107,6 FM

Prosto z beczki

Czy to możliwe, by po kazaniu do nowicjatu wstąpiła setka kandydatów? Tak, pod warunkiem, że kaznodzieją jest Jan Kapistran. „Wszyscy cisnęli się, by choć szaty jego dotknąć. Aby go ujrzeć, ludzie wchodzili na dachy, aż pod nimi łamały się krokwie”.

Słyszałem w życiu tysiące kazań. Czy po którymś z nich stojący obok mnie mężczyźni decydowali się przekroczyć furtę klasztoru? Gdy św. Jan Kapistran, gorliwy uczeń wielkiego reformatora zakonu franciszkańskiego Bernardyna ze Sieny, przybył w 1453 roku do Krakowa, po jego płomiennych homiliach do nowicjatu bernardynów wstąpiła… setka mężczyzn.

Rynek pękał w szwach. Niepozornej postury, łysiejący, brodaty zakonnik stał na beczce pod maciupeńkim kościółkiem św. Wojciecha, bo żadna ze świątyń nie była w stanie pomieścić tłumów, które garnęły się, by słuchać jego kazań. Choć rynek ma aż 4 hektary powierzchni, ludzie ledwie mieścili się między kamienicami. Zakonnik wzywał wiernych do pokuty. Jego oczy płonęły. Wierny uczeń Bernardyna ze Sieny (nie rozstawał się z jego relikwiami, a na zakończenie kazania błogosławił krakusów ampułkami z jego krwią) przybył nad Wisłę na osobiste zaproszenie króla Kazimierza Jagiellończyka i kardynała Zbigniewa Oleśnickiego. Zatrzymał się tu na 8 miesięcy.

Pod Wawel przybył z Wrocławia 28 sierpnia 1453 roku. Czekał na niego nie tylko sam król z matką Zofią, ale i długa procesja duchownych, rajców miejskich z chorągwiami. „Wylegli tłumnie na dwie mile” – notowali kronikarze.

Kazania głosił po włosku lub po łacinie, ale na bieżąco je tłumaczono. Gdy zgodnie ze wskazówkami mistrza nawołującego do przywrócenia surowej, pierwotnej reguły piętnował zbytki, na krakowskich ulicach płonęły stosy z ozdobami, zwierciadłami i kosztownymi strojami mieszczan. Kilka miesięcy wcześniej, stojąc na wrocławskim placu Solnym, trzymając w ręku ludzką czaszkę, wołał: „To zwierciadło, w którym możecie wszystko zobaczyć, co uczyniliście i do czego wasza miłość was doprowadziła. Patrzcie, gdzie są włosy, które tak trefiliście, gdzie nos, którym wdychaliście przyjemne zapachy, gdzie język, którym kłamaliście. Wszystko zjadły robaki!”.

Pod Wawelem przebywał niecałe pół roku. Dwa razy dziennie odwiedzał chorych, a kronikarze zanotowali wówczas ponad sto przypadków uzdrowień.

– Zrezygnowałbym z próby oceny socjologicznej czy racjonalnej tego zjawiska – wyjaśnia o. Cyprian Moryc, bernardyn. – Dawna literatura bernardyńska wskazuje jasno, że na takie wydarzenia trzeba patrzeć w duchu biblijnym. Jan Kapistran czy Bernardyn byli ludźmi kategorii proroków. Dziś chyba zapominamy, że taka instytucja w ogóle istnieje! Bóg potwierdzał ich nauczanie znakami. To, co działo się na krakowskim rynku, było wielką eksplozją mocy Ducha. Kapistran podchodził do ludzi z ampułką krwi Bernardyna. Dotykał nią chorych, a ci odzyskiwali zdrowie. To była klasyczna działalność charyzmatyczna. A przy tym wszystkim św. Jan był znakomitym dyplomatą, legatem papieskim. Nic dziwnego, że w ciągu kilku miesięcy zgromadził w klasztorze prawie setkę nowicjuszy, w tym profesorów i żaków Akademii.

Na Stradomiu, pod murami Wawelu, stanął pierwszy drewniany klasztor, w którym w 1453 r. zamieszkało 16 zakonników. Ich gwardianem został Węgier Władysław Thari.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama