Był niewielkiego wzrostu i drobnej budowy ciała.
Był niewielkiego wzrostu i drobnej budowy ciała. Cóż, ks. Antoni Maria Pucci, serwita, zakonnik zgromadzenia Sług Maryi, obejmując w 1844 roku parafię św. Andrzeja w Viareggio, nie robił dobrego wrażenia na swoich wiernych. Czy dlatego ci twardzi ludzie morza, rybacy i stoczniowcy, zaczęli nazywać go: proboszczyk, księżoszek, farorzyk? Być może. Ale Antoni Maria Pucci przez kolejne 48 lat swojej posługi każde z tych określeń - które w języku włoskim zamknięte są w jednym słowie: "curatino" – odmienił. Nasz wierny proboszczyk – zaczęli mawiać ludzie - całkowicie oddany parafianom, śpiący nawet w sutannie, żeby zawsze być do ich dyspozycji. Nasz ofiarny księżoszek, ten który nie ucieka przed wojną i epidemią, ale dba o biednych i chorych. Nasz pobożny farorzyk, tak odprawiający Eucharystię, tak niosący Najświętszy Sakrament do umierającego, że czuje się Bożą obecność na ulicach naszego Viareggio. Tak, po pół wieku kapłańskiej posługi farorzyk Antoni Maria Pucci był na ustach wszystkich. A gdy 12 stycznia 1892 roku umierał na zapalenie płuc po tym, jak w zimną, burzliwą noc nie odmówił pomocy choremu, nikt nie miał wątpliwości, że odchodzi z tego świata wielki święty ukryty w niepozornym ciele. Ten, który zwykł mawiać: "Nie trzeba mieć długiego życia, ale trzeba dobrze wykorzystać daną nam przez Boga godzinę"