107,6 FM

Żodnego pio-pio ni ma

Misje. Ojciec Cezary, misjonarz w Boliwii, kąpał się z kuzynem w rzece pod boliwijskim Concepción. Zachwycali się: – Ale fajnie, woda bez chloru! Tu jest jak w Panewnikach... Kurde, coś mie ugryzło!

Nie zawsze wiara jest wśród Boliwijczyków dojrzała. To kraj, w którym chrześcijaństwo dopiero się ukorzenia. Mieszkańcy mają jednak ogromny szacunek dla księży. – W sąsiedniej parafii na probostwie przez jakiś czas mieszkał Niemiec Dieter, świecki. Ale skoro mieszkał na probostwie, ludzie zwracali się do niego „ojcze”. Nawet wtedy, kiedy zakochał się w Boliwijce i chodził z nią pod rękę. Dieter był nerwus i tłumaczył jednemu Indianinowi: „Jo ni ma »ojciec«, jo jest »pan«, tak jak ty! I mom prawo sie ożenić, tak jak ty. Zrozumiołeś mie?”. A Indianer na to: „Tak, ojcze!”.

Franciszkanie trzymają się na misjach razem. Każdej niedzieli starają się wieczorem spotkać, pośmiać, opowiedzieć, co inspirującego ich w ciągu tygodnia spotkało, wypić razem piwo.

Ojciec Cezary często też żartuje z Indianami. Kiedyś trzech śląskich franciszkanów jechało razem na jakąś uroczystość. Ale w parafii ojca Sykstusa jedynym aktualnie wolnym pojazdem był ambulans. Sykstus położył się więc na miejscu pacjenta, za kierownicą siadł ojciec Dymitr, który przyjechał w odwiedziny z Polski, a na fotelu pasażera usiadł Cezary. W parafii, do której jechali, zatrzymali się przy grupie kobiet. Cezary w swoim stylu zagadał: „Nas tu wysłali do porodu. To do której z was, do pani czy do pani?”. – Jedna z nich przestraszona zaczęła tłumaczyć, że nie jest w ciąży, ale druga popatrzyła na mój wielki brzuch i powiedziała: „To chyba do ojca!” – śmieje się ojciec Cezary.

Przemytnicy kokainy

Ojciec Cezary uważa, że w Boliwii jest bezpiecznie. Ludzie wybili większość kajmanów. Jednak z tego powodu nadmiernie rozmnożyły się piranie. Ale Cezary i tym się nie przejmuje. – Pod zaporą w Conceptión, gdzie nas ugryzły, ludzie sobie grillują i wrzucają resztki do wody, dlatego akurat tam piranie się trzymają. Kawałek dalej można się kąpać bezpiecznie – twierdzi.

A węże, ukryte na drzewach wśród liści? – Nie jest tak źle, chyba że w dżungli. Ale do dżungli sam bym nie wszedł, idę tam tylko z Indianami, którzy mnie instruują: „Tu uważać! Tu głowę schylić!” – mówi. – Jak już, to pewne niebezpieczeństwo może się wiązać na granicy z przemytnikami kokainy. Przez 20 lat pracowałem w Puerto Quijarro, na samej granicy z Brazylią. Raz rozdzieliłem dwóch młodych mężczyzn z tego środowiska, którzy zamroczeni narkotykami strzelali do siebie przed kościołem z rewolwerów. Trzeba uważać, żeby się im nie narazić, bo ci schowają w samochodzie paczuszkę z kokainą i dadzą znać na granicę, że jedziesz. I następne lata spędzisz tam w więzieniu – dodaje.

– A ci przemytnicy chodzą do kościoła? – Oczywiście! Byli wielkimi czcicielami św. Sylwestra. Jeśli w ciągu roku interesy szły dobrze, zamawiali Mszę świętą w jego wspomnienie. Ale jak kiedyś komandosi amerykańscy część z nich złapali, przemytnicy uznali, że Sylwester jest nieskuteczny i przerzucili się na św. Jerzego. W obecnej parafii tego problemu nie mam – mówi.

W wielu miejscach w boliwijskiej dżungli jeszcze nigdy nie było białego człowieka. Może żyją gdzieś tam Indianie, do których jeszcze nie dotarła cywilizacja. Trudno ich odkryć, nawet ze śmigłowców, bo żyją schowani pod szczelnym zielonym parasolem z tropikalnych drzew.

Poza dżunglą Boliwia to jednak kraj cywilizowany. Po co więc tam misjonarze? – Żeby pojawiły się wśród Indian powołania kapłańskie. By tak się stało, oni muszą najpierw przez pewien czas przyglądać się kapłanom. Śląscy franciszkanie są w Boliwii od 36 lat i widzimy pierwsze efekty, bo lokalne powołania już się pojawiają – mówi ojciec Cezary.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama