107,6 FM

Piękno katolicyzmu: nadzieja

Jak się łączą – wiara, nadzieja, miłość? Nadzieja jest stąd, że wiara mówi prawdę w sprawie miłości (i we wszystkich innych).


Bo wiara jest niczym innym jak nadzieją na miłość. Która nie przeminie. A chrześcijaństwo jest w swej istocie wchodzeniem na drabinę, która od wiary prowadzi do miłości i tym samym otwiera horyzont nadziei.

Nadzieja jest zatem tym, co znajdujemy na szczycie drabiny wiary i miłości: bezkresnym horyzontem, otwartym na nieskończoność. Na wieczność z Bogiem.


• • •


Nadzieja to jedna z największych chrześcijańskich wartości i jeden z podstawowych znaków firmowych chrześcijańskiego stylu życia. W sensie istotnym i najgłębszym nie byłoby ludzkiej nadziei bez chrześcijaństwa. Współcześnie, na naszych oczach, widać to wyraźnie: bez chrześcijańskiej wiary – katolickiej szczególnie – nadzieja zamiera albo zamienia się w swoje atrapy i podróbki, które są faktycznie „matkami głupich” („optymizmami” na 5 minut). Wielcy papieże ostatnich dekad, rzesze dzień w dzień mordowanych chrześcijańskich męczenników, to, co najlepsze w chrześcijańskiej teologii (znów: katolickiej zwłaszcza) – głoszą nadzieję i dostarczają dla jej żywotności argumentów. Wystarczy tu przypomnieć encyklikę „Spe salvi” (z 2007 r.), najwybitniejsze dzieło o nadziei z przełomu XX i XXI wieku, wielkie świadectwo chrześcijańskiej mądrości początku III tysiąclecia po Chrystusie. Kilka tez tej najnowszej teologii nadziei zasługuje na uwagę najwyższą, tym bardziej że wpisują się one w debatę dotyczącą przyszłości naszego świata. I o nich za chwilę.


Bo najpierw o tym, co również zasługuje na niemałą uwagę, a dotyczy trwających prawie pół wieku oskarżeń autora „Spe salvi” o pesymizm. Zgodny chór lewicowo-liberalnych mediów od co najmniej publikacji „Raportu o stanie wiary” (1984 r., ale właściwie od końca lat 60., choć jeszcze wtedy nie gremialnie), powtarza piórami dziennikarzy i analityków, komentatorów i interpretatorów, filozofów i teologów (tych z lewej strony), watykanistów (ze strony tej samej): cechuje go „pesymistyczne spojrzenie” na nasz modernizujący się świat (Marco Polliti), „niezmiennie pesymistyczne spojrzenie na związki między Kościołem i kulturą” (John L. Allen Jr.), „»Spe salvi« wpisuje się w pesymistyczną diagnozę jego poprzednika” (Stanisław Obirek), „rzecz fundamentalna dla zrozumienia papieża: jego pesymistyczna ocena świata” (Mirosław Czech). Etc. etc. etc. 
Oczywiście: sprawa jest znacznie starsza i głębsza, a dotyczy tego, co z przerażającą jasnością sformułował jeden z najciemniejszych proroków i ideologów współczesności – Fryderyk Nietzsche; co zresztą z estymą i na różne sposoby powtarzają jego następcy i naśladowcy: „Jakiż to największy grzech popełniono dotychczas na świecie? Czyż nie były nim słowa tego, który rzekł: »Biada tym, którzy się śmieją?«” (F. Nietzsche, „Tako rzecze Zaratustra”). Słowa te brzmią tak, jakby diabeł w ustach swoich akolitów stracił resztki ostrożności i przebiegłości w maskowaniu swej bezbrzeżnej głupoty i nienawiści wobec Chrystusa... W każdym razie: na najgłębszym poziomie oskarżenie o pesymizm dotyczy chrześcijaństwa jako takiego i – głównie – Jezusa, jego Założyciela.


• • •


Joseph Ratzinger/Benedykt XVI wielokrotnie rozprawiał się z tymi zarzutami, przeciwstawiając płaską i banalizującą rzeczywistość opozycję pesymizm–optymizm parze pojęć znacznie głębszych i chwytających istotę rzeczy: rozpacz–nadzieja. Pisał, że spojrzenie pozbawione wiary (w Boga, czyli też w życie wieczne) „rodzi osobliwą żądzę życia” i chciwość oka, które wszystkiego – czyli raju – spodziewają się po „tu i teraz” (cytrynka jest na krótko, cytrynkę trzeba wycisnąć). Że dostrzeganie „faktów nie jest pesymizmem, lecz obiektywizmem; potem dopiero pojawia się kwestia znaczenia tych faktów i sposobu podejścia do nich”, interpretacji. Że schemat „optymizm–pesymizm” ma się nijak do tego, co o rzeczywistości ma do powiedzenia chrześcijaństwo. Najbardziej systematycznie i przenikliwie, sięgając fundamentów i perspektyw problemu, zrobił to w książce „Patrzeć na Chrystusa” (tłum. J. Merecki, Kraków 2005, ss. 37–62). Poniżej kilka tez z niej właśnie.
 Zaczyna wywód od zjawiska z lat 60. ubiegłego wieku i popularnego stanowiska wobec ówczesnej sytuacji „posoborowego” Kościoła na Zachodzie. Fakty: „puste seminaria, brak powołań”, „księża i zakonnicy całymi grupami porzucają swoje powołanie, zanik spowiedzi, dramatyczny spadek uczestnictwa we mszy świętej i tak dalej”. Powszechna ocena: to „wspaniały Kościół, gdyż nie ma w nim żadnych przejawów pesymizmu, wszyscy patrzą w przyszłość z optymizmem”. Komentarz Ratzingera: „Ogólny optymizm przykrywał wszelki rozkład i jakiekolwiek zniszczenia – to kompensowało wszelkie negatywne zjawiska”.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama