107,6 FM

Paradoks polskiego Hamleta

Znani artyści gremialnie popierali rządy PO, choć te nie dbały o kulturę. Teraz boją się PiS, choć akurat ta partia chce kulturę wspierać.

Możemy nosić chińskie ciuchy, jeździć czeskimi autami, patrzeć w japońskie telewizory, gotować w niemieckich garnkach hiszpańskie pomidory i norweskie łososie. Co do kultury, to jednak wypadałoby mieć własną. Ten cytat z Andrzeja Sapkowskiego za motto swojego protestu przyjęli pracownicy instytucji kultury z Małopolski. Ich wynagrodzenia w ciągu ostatnich lat dramatycznie oddaliły się od płac nie tylko w gospodarce, ale i sferze budżetowej. Tak samo dzieje się w całej Polsce. Strona założona przez organizatorów protestu nosi znamienny tytuł: „Dziady kultury”. Zgoła odmienny jest jednak ton publicznych wypowiedzi najbardziej znanych aktorów, pisarzy czy reżyserów. Krystyna Janda na jednym z portali napisała niedawno: „Niech wszystko rozwija się i kwitnie tak jak przez ostatnie 25 lat i niech nikt temu nie przeszkadza. Tylko raz zakłócano ten swobodny bieg wydarzeń i spraw, podczas dwuletniego panowania PiS-u. Nie chcę powrotu”.

Fakty i stereotypy

Ponieważ wpis był publiczny, w formie listu otwartego odpowiedział Krystynie Jandzie poseł PiS i były wicemarszałek województwa mazowieckiego Arkadiusz Czartoryski. Przypomniał, że to właśnie za jego kadencji aktorka nabyła od marszałkowskiej instytucji kino Polonia, które stało się siedzibą jej teatru. „Pamiętam Pani szczere i wielokrotnie wypowiadane podziękowania dla PiS-owskich władz Warszawy (…). Oczywiście na tym nie koniec, bo za chwilę – w 2006 roku – otrzymała Pani od PiS-owskiego Ministerstwa Kultury milion złotych na remont sali Pani teatru” – wylicza A. Czartoryski. List zawiera także pełną listę spektakli, na jakie teatr K. Jandy otrzymał sowite dotacje z urzędu miasta i z ministerstwa w czasie, gdy władzę sprawowało tam Prawo i Sprawiedliwość. Jarosław Sellin, który w latach 2005–2007 był wiceministrem kultury, bardzo krytycznie komentuje wypowiedź aktorki. – Powinna bardziej ważyć słowa i być w swoich ocenach dotyczących naszej polityki kulturalnej uczciwa – zauważa. Sellin nie przypomina sobie z tamtych lat ani przykładów ograniczania swobody artystów, ani ostracyzmu z ich strony. Przeciwnie, drzwi ministerstwa były otwarte dla ludzi o różnej wrażliwości, a ci chętnie z zaproszeń (i wsparcia) korzystali. – Dbałem o coś, co nazywa się pamięcią urzędu, z każdego takiego spotkania pozostały notatki, łatwo więc sprawdzić, jak było naprawdę – mówi obecny poseł PiS. Ubolewa, że tego typu niesprawiedliwe ataki stały się już negatywnym stereotypem i elementem czarnej legendy PiS, powtarzanej przez bardzo wielu ludzi kultury. Dlaczego tak się dzieje?

Dystrybucja uznania

Przez ostatnie 25 lat o tym, kto jest godnym uznania artystą i wartościowym twórcą, decydowało w Polsce jedno środowisko zwane „salonem”. Nobilitowało już samo „otarcie się” o ów salon. W jego progi wchodziło się jednak nie tyle przez wybitne czy błyskotliwe dzieła, co kooptację. Dy- strybucja uznania odbywała się przez „Gazetę Wyborczą”, której autorytet w sprawach kultury w pierwszych dwóch dekadach III RP nie był praktycznie kwestionowany. A uznanie to przekładało się często dla twórcy na jedyną szansę publicznego zaistnienia, bo właśnie to środowisko w sprawach kultury i mediów sprawowało nieprzerwane rządy (z dwuletnim zaledwie antraktem), świetnie się dogadując z postkomunistami z SLD. Za powszechnie obowiązującą uznawana była definicja (autorstwa prof. Jerzego Jedlickiego) głosząca, że inteligentem jest w Polsce tylko ten, kto czyta „Politykę”, „Gazetę Wyborczą” i „Tygodnik Powszechny”. A że były to media jednoznacznie zaangażowane najpierw w Unię Demokratyczną, potem Unię Wolności, wreszcie Platformę Obywatelską, nastąpiło niejako automatyczne przeniesienie tej definicji na polityczne wybory. Po prostu wypadało publicznie deklarować poparcie dla jednej z tych partii. W przypadku twórców trudno jednoznacznie ocenić, na ile był to akt konformizmu, a na ile snobizmu, tęsknoty bycia akceptowanym przez salon. Jarosław Sellin ocenia, że obie motywacje były równie silne. Tak czy inaczej, zjawisko otwartego popierania rządów PO i prezydenta Komorowskiego stało się w świecie kultury środowiskowym obowiązkiem, o czym świadczą składy komitetów honorowych, w większości składających się z aktorów, reżyserów i pisarzy.

Macie niezły tupet

– Najbardziej zdumiewający w tym wszystkim jest fakt, że czas rządów PO był dla ludzi kultury dużo mniej sprzyjający niż rządy PiS. Dla nas kultura była i jest absolutnym priorytetem, Platforma zaś ostentacyjnie lekceważyła tę dziedzinę – ocenia J. Sellin. Pewnie dlatego, że poparcie tego środowiska i tak miała w kieszeni – można dodać. I rzeczywiście. Nawet drastyczny spadek wynagrodzeń w instytucjach kultury czy znaczne ograniczenie twórcom możliwości korzystania z 50-procentowej obniżki kosztów uzyskania przychodu zaowocowały jedynie nielicznymi głosami protestu, które zawsze kończyły się tak samo: z PO może nie jest lekko, ale przecież PiS jest gorszy. Wojciech Pszoniak przyznaje wprost: „Platforma, na którą głosowałem, odpuściła kulturę, Tuska interesowała piłka nożna. Politycy nie mieli potrzeby inwestowania w kulturę”. Ale mówiąc to, nawet przez myśl mu nie przychodzi, by z tej diagnozy wyciągnąć wnioski.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama