107,6 FM

Żyłem w śmierci

Trzeźwe życie. Nie powiedział: „Odwal się ode mnie, gnoju. Najpierw się nawróć, idź do Piekar albo do Częstochowy”. Przyszedł do takiego, jakim byłem, a byłem godny pogardy.

Imię – Bartosz. Nazwisko – Żytomirski. Wiek – 35 lat. Miejsce zamieszkania – Katowice. Trzeźwość – lat 12. Wychował się w przeciętnej katolickiej rodzinie. Mama, tata, dwie siostry.

– Pamiętam, że wieczorem modliliśmy się razem i tata robił nam znak krzyża na czole. Rodzice dbali o nasze wychowanie i gdyby nie fakt, że tata miał problem z alkoholem, uznałbym, że było idealnie. Jak się rodziłem, byliśmy na granicy śmierci – ja i moja mama. Tata przysiągł wtedy Bogu, że jak przeżyję, to do końca roku nie będzie pić. Dotrzymał obietnicy. Dorastałem w przekonaniu, że sam nigdy nie będę używał alkoholu, picie mi nie imponowało. Jednak życie potoczyło się inaczej… – mówi i zapada cisza. – Miałem kolegów. Znaliśmy się od dzieciństwa.

Smutny pogrzeb

Najpierw to koledzy zaczęli sięgać po alkohol. Potem przyszedł czas na Bartosza. Zna ten dzień bardzo dobrze. Środa, w Katowicach był mecz.

– Ja miałem 15 lat i wtedy pierwszy raz się upiłem. Efekt był taki, że obudziłem się na drugi dzień, miałem zdartą twarz, tzw. asfaltówę, bo w centrum Katowic wypadłem z tramwaju. I pierwszy raz z powodu alkoholu nie poszedłem do szkoły. Oczywiście to był dla mnie duży wstyd, bo wiele osób i w szkole, i na osiedlu o tym mówiło.

Postanowił zmienić towarzystwo, spróbował harcerstwa. Był jeden, drugi obóz. Ale w końcu i tak stwierdził, że wszyscy wokół piją. – Chodziłem dziennie na jedno, dwa piwa. Szukałem moich ulubionych smaków. To był proces. Piłem też tanie wina czy nalewki. Przed moimi 18. urodzinami brałem udział w bójce z obywatelami narodowości arabskiej. Nie jestem dużym człowiekiem, ale pod wpływem alkoholu coś we mnie wstępowało... Było ostro. Moja rodzina przeżyła szok. Trafiłem na izbę wytrzeźwień, a potem na komisariat. Nie było miło. Ale wiedziałem, że nie są w stanie mi nic zrobić, bo to mój pierwszy wybryk, za który nic mi nie grozi – tłumaczy.

Rodzice najpierw obdzwonili szpitale, ale tata Bartosza miał intuicję i przyszedł na policję. – Zapytał, co tu robię. Powiedziałem, że siedzę. Na co on: „Nie mam już syna”. I to mnie wtedy zabolało, serce mi pękło, ale nie dałem tego po sobie poznać. Dziś usprawiedliwiam mojego tatę, bo jedynie Pan Bóg inaczej by się zachował…– przyznaje. Po dwóch dniach zwolnili go do domu. – Przyszedłem na osiedle i byłem jak bohater, bo nikogo nie sprzedałem, przeszedłem chrzest bojowy – wspomina. – Dzień przed moimi 18. urodzinami jeden z moich kolegów po drodze do domu – wcześniej piliśmy alkohol – powiesił się. Miał – Bartosz znów robi pauzę i ścisza głos – 19 lat… To pokazało mi, że życie jest naprawdę poważne, że to nie są żarty, ale niczego więcej w moim życiu nie zmieniło. Na pogrzebie byłem pijany, bo nie wyobrażałem sobie przeżywania tego na trzeźwo. I to był smutny pogrzeb.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama