107,6 FM

Co Bóg musi

Trudno o wieczny triumf bez doczesnej porażki.

Pewna kobieta poinformowała mnie, że straciła wiarę, bo Pan Bóg jej nie wysłuchał. Ona się modliła o zdrowie dla męża, a mąż dalej chory.

Pomyślałem sobie, że przy takiej logice wiarę powinien stracić przede wszystkim Pan Jezus, bo przecież w Ogrójcu modlił się, żeby Ojciec oddalił kielich nadchodzącej męki – a On nie oddalił. Przeciwnie – Jezus musiał wypić ten kielich do ostatniej kropli.

– Ale po co to? Naprawdę musiało tak być? – zapyta jeden z drugim mądraliński. – Nie dało się jakoś tak nieinwazyjnie, tolerancyjnie? Po co ta krwawa miazga, nie można było się dogadać?

No widać nie dało się! Jezus mówił w Getsemani: „Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich” (Mt 26,39). Skoro Ojciec Syna nie wysłuchał, to znaczy, że nie było możliwe.

Znajomy powiedział mi kiedyś, że konieczność męki Chrystusa zrozumiał po lekturze pierwszej części „Opowieści z Narnii”. Bo tam lew Aslan, literacki odpowiednik Jezusa, poświęca się, żeby ratować chłopaka o imieniu Edmund. Ten chłopak zdradził, przez co, zgodnie z umową, przeszedł pod panowanie złej czarownicy. „Byłem przy spisywaniu tej umowy” – warknął lew, gdy demoniczna czarownica domagała się oddania jej zdobyczy. Jedynym na to sposobem było dobrowolne oddanie się lwa w zastępstwie chłopaka. Taka transakcja wydała się czarownicy znakomita, zwłaszcza że i tak po uśmierceniu Aslana spodziewała się pokonać wszystkich jego zwolenników.

Ta historia rzeczywiście nieźle, choć w uproszczony sposób, wyjaśnia „konieczność” cierpienia Boga. Bóg nigdy nie blefuje i zawsze mówi prawdę. Gdy ostrzegał, że nieposłuszeństwo wobec Niego skończy się tragicznie, to nie było to jak lamenty KODziarzy o końcu demokracji w Polsce. To była rzetelna przestroga i prośba jednocześnie: „Nie rób sobie, człowieku, krzywdy, zaufaj Mi”. A że ludzie nie zaufali i wybrali po swojemu, to sami ściągnęli na siebie nieszczęście. Taka była „umowa” – a Bóg szanuje swoje słowo. „Nie może się zaprzeć siebie samego” (2 Tm 2,13). To, by tak rzec, kwestia Jego honoru. Ale mimo to znalazł sposób, żeby nas z tego wyciągnąć. W zastępstwie za nas wydał się złu, pozwalając mu wyładować na sobie całą furię.

Diabeł pewnie wyobrażał sobie, że ukrzyżowanie Jezusa to jego największy triumf. I miałby rację, gdyby nie to, że Chrystus zmartwychwstał. Tego nie było w planie. To kompletnie nie pasowało do jakiegokolwiek scenariusza. I do dziś nie pasuje. Zawsze jest tak, że gdy ktoś ze szczętem przegrał, to już nie wygra. Zabity jest odfajkowany. Zmartwychwstanie wywraca tę zasadę. Mówią czasem ludzie, że co nam z tego zmartwychwstania, skoro i tak ciągle cierpimy i umieramy.

E, tam, umieramy. Dla tych, którzy wybierają Chrystusa, to już tylko cień śmierci, chwilowy dyskomfort wynikający z ciasnoty drzwi wiodących do wiecznego szczęścia. Ale potem…

Apostoł zapewnia, że „cierpień teraźniejszych nie można stawiać na równi z chwałą, która ma się w nas objawić” (Rz 8,18). Kto szczerze w to wierzy, temu żadna niedogodność nie przyćmi radości zmartwychwstania.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama