107,6 FM

Bóg nie jest księgowym

Co zrobić, gdy człowiek łapie się na tym, że modlitwa staje się uciążliwym obowiązkiem?

Zmówiłem już dziesiątkę w intencji dziecka poczętego (jeszcze tylko trzy miesiące do zakończenia duchowej adopcji), a potem Koronkę do Bożego Miłosierdzia (zobowiązałem się, zapisując się do Kręgu Miłosierdzia). „Pod Twoją obronę” dla noszących szkaplerz i margaretka za księży. Uff! Koniec! Czy ta modlitwa była coś warta? A może była jedynie bezmyślną paplaniną? Czy nie lepiej modlić się własnymi słowami? A może zarzucić te formułki i już do nich nie wracać?

Same małe dzieci

Grupa turystów zwiedzała ukrytą w górach alpejską wioskę. Przy jednej z chat spotkali staruszka. Siedział na ławce i palił fajkę. „Czy w tej wiosce urodzili się jacyś wielcy ludzie?” – zapytali protekcjonalnym tonem. „Wielcy ludzie? Nie! Tylko same dzieci” – odparował staruszek. Ta anegdota kojarzy mi się z długodystansowym spojrzeniem i wiernością w modlitwie. „Lubimy dania z mikrofali, a Bóg woli marynaty” – usłyszałem niedawno. Życie duchowe to nie sprint, ale bieg na długim dystansie.

Świat nucący pod nosem „Free your mind” zwiewa z szufladek, wymyka się z utartych, gotowych wzorców. „Schemacie–kacie” − pisał Edward Stachura. Nam, katolikom, zarzuca się nieustannie „klepanie zdrowasiek”. Jak modlić się „formułkami”, by „pałało w nas serce”?

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy