107,6 FM

PRZYMUS PODPORZĄDKOWANIA SIĘ

Spokojne, jakby stłumione, rzadko okazują gwałtowne uczucia – zwłaszcza gniew – albo też powstrzymują się od wyrażana własnych poglądów czy opinii. Posłuszne i karne – dzieci podporządkowane, postrzegane są zazwyczaj przez otoczenie bardzo pozytywnie. Do czasu, aż tłamszone latami emocje w końcu wybuchną.

Pozornie są jak plaster na rany. Zdarza się nawet i tak, że przychodzący do domu w odwiedziny znajomi, widząc ich ciche zdyscyplinowanie, mylnie biorą to za objaw dobrego wychowania i szczerze zazdroszczą rodzicom tak ułożonych dzieci. Mało który z przygodnych gości potrafi jednak wniknąć w świat ich emocji. Z czasem ów świat przedostaje się jednak na zewnątrz budząc zastanowienie, a nawet uzasadniony niepokój. Jak bowiem zareagować na zachowanie, z którego coraz intensywniej emanuje niewypowiedziany komunikat: „Nie jestem ważny”, „Moje potrzeby się nie liczą”, „Nie wolno mi myśleć o sobie”, „Przede wszystkim inni”. Oczywiście, nie chodzi tu o świadomy wybór – dobrowolną decyzję poświęcenia się dla drugiego. Chodzi o niezdrową powinność kształtowaną latami przez opresyjny przymus, która skutkuje głębokim przekonaniem, że potrzeby i pragnienia innych należy bezwzględnie przedkładać ponad swoje. Skąd takie przekonanie? Z wdrażanego przez lata mechanizmu konfliktu, który wybuchał wobec najmniejszych przejawów nieposłuszeństwa i owocował karą lub odrzuceniem – odmową miłości. Dzieci tak wychowywane często doświadczały fizycznej lub psychicznej przemocy, gdy nie spełniały życzeń rodziców, lub też były jej świadkami w relacjach między opiekunami. Mogło zdarzyć się również i tak, że silnie ograniczano ich samodzielność w podejmowaniu decyzji, odbierano autonomię i wzbudzano poczucie winy w sytuacji, gdy chciały zaspokajać jakieś swoje potrzeby. System autorytarnej kontroli, w którym wzrastały, doprowadził w konsekwencji do tego, że – z obawy przed wybuchem konfliktu – nauczyły się milczeć i posłusznie spełniać artykułowane względem nich oczekiwania, stawiając potrzeby innych nad swoje własne. Bojaźń i uległość szły u nich w parze z zaniedbywaniem siebie. Z biegiem lat stało się ono coraz bardziej widoczne – aż po samopoświęcenie, które w rzeczywistości miało zapobiegać odrzuceniu. W efekcie, gdy podporządkowane dzieci wchodzą w dorosłość, nie są w stanie cieszyć się miłością i bliskością innych ludzi, mimo że bardzo jej potrzebują, ponieważ odcinają się od swych pragnień – nie potrafią się nimi zająć. Skupione całkowicie na drugim człowieku, siebie stawiają na szarym końcu, nie znajdując w tym jednak satysfakcji, szczęścia i spełnienia. Nic dziwnego, że często w taki właśnie sposób przeżywają również swą relację z Bogiem. Biblijne przesłanie o tym, że są dla Boga kimś szczególnym, wyjątkowym, najważniejszym, traktują z podejrzliwością i nieufnością, lub z bezradną obojętnością. Próbują natomiast zaspokajać Boże „potrzeby” i w ten sposób zaskarbiać sobie Jego przychylność – na przykład przez skrupulatne wypełnianie religijnych lub duchowych obowiązków. Mechanizm zasługiwania na Bożą miłość łączy się w świecie ich emocji z pragnieniem unikania bolesnych konsekwencji Bożej sprawiedliwości i skutków kary, która nieuchronnie przyjść musi, gdy oczekiwania Boga nie zostaną spełnione. Czy można się więc dziwić, że tak ukształtowane serce ma problem z doświadczeniem Bożej miłości? Że raczej próbuje na nią zasłużyć niż po prostu ją przyjąć, jako bezinteresowny dar? Tak żyją ludzie złamani przez przymus podporządkowania się – tak żyje również wielu z nas. Często jednak tylko do pewnego momentu. Tłumione latami potrzeby, niezaspokojone pragnienia i daremne oczekiwania w końcu eksplodują, a skłonność do bierności i zamykania się w sobie odbije w wybuchu agresji i roszczeniowości. Zazwyczaj bowiem przychodzi moment, gdy rozpaczliwie próbujemy wyzwolić się z kajdan i przywrócić naszemu życiu równowagę – często za cenę innych skrajności, w które wówczas popadamy. Niestety bunt najczęściej przynosi tylko krótkotrwałą ulgę, a często prowadzi do jeszcze większej frustracji. Sprawdza się tu mądra i zawsze skuteczna zasada: lepiej zapobiegać niż leczyć. Nie lekceważmy jej, mając na uwadze fakt, że nasze dzieci w dużej mierze będą takimi, jakimi my je uczynimy.   

« 1 »

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama