107,6 FM

Sezon na cuda

Po kilku minutach przyjemna atmosfera się skończyła. Lekarz zasugerował aborcję. „Wyszliśmy stamtąd jak ogłuszeni. Z każdą kolejną sekundą strach coraz bardziej mnie miażdżył”. Czy to prawda, że dla Boga nie ma nic niemożliwego?

Natalia jako mała dziewczynka należała do grupy Dzieci Maryi. Później przyszła dorosłość – praca, mąż i, jak sama mówi, bardziej po drodze było jej na fitness niż na nabożeństwo maryjne. Jednak Maryja nie zapomniała. O swoją córkę upomniała się w najmniej spodziewanym momencie…

– Wszystko zaczęło się 14 sierpnia 2018 r., w wigilię Uroczystości Wniebowzięcia NMP – opowiada Natalia Kawka-Bień. – Parę tygodni wcześniej dowiedzieliśmy się z mężem, że spodziewamy się pierwszego dziecka. Choć było ono przez nas upragnione, pojawiło się w nas pytanie, w jaki sposób zmieni się nasze życie. Nie mieliśmy wtedy pojęcia, jak bardzo ta ciąża nas zmieni…

Już początek był trudny. Około ósmego tygodnia dowiedziałam się, że w macicy znajduje się olbrzymi krwiak, zagrażający dziecku. W każdej chwili mogło dojść do poronienia. Lekarz powiedział: „Proszę się nie chwalić jeszcze ciążą, bo nigdy nic nie wiadomo…”. Wróciłam do domu, płacząc, a moja mama natychmiast poleciła mnie w modlitwie Maryi. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że to Ona będzie moją główną orędowniczką w niebie przez kolejne dziewięć miesięcy.

Krwiak był naprawdę spory. Według lekarza miał wchłaniać się co najmniej 2–3 tygodnie. Ale kiedy po pięciu dniach poszłam na badanie kontrolne, okazało się, że po krwiaku nie ma śladu. Przyznaję, że nie było we mnie wtedy gorącej wiary. Myślałam, że lekarz pomylił się z oszacowaniem ryzyka. Dziś jestem pewna, że był to początek spotkania z Maryją.

Pięścią w twarz

14 sierpnia pojechaliśmy z mężem na badania prenatalne. Uśmiechnięci, opaleni, świeżo po powrocie z wakacji. Nie podejrzewaliśmy, że za chwilę wszystko się zmieni. Byliśmy przecież młodzi, zdrowi, a w naszych rodzinach nie było dotąd żadnego przypadku choroby genetycznej czy wrodzonej. Niestety, po paru minutach bardzo przyjemnej atmosfery lekarz spoważniał i zapytał, co wiemy na temat badań, które właśnie zostały wykonane. Odparliśmy, że mamy wiedzę elementarną, wyniesioną z ulotek dla ciężarnych i poradników. Lekarz wyjaśnił, że podczas badania przezierności karkowej, czyli odległości mierzonej pomiędzy tkanką a skórą na karku płodu, odkrył ogromne odstępstwo od normy. Oznaczało to olbrzymie prawdopodobieństwo wystąpienia chorób genetycznych. Ponadto lekarz uświadomił nas, że tak złe wyniki mogą być spowodowane potężną wadą serca dziecka, uciskiem głowy i szyi powodującej zatory w żyłach czy innymi nieprawidłowościami. Wiele też wskazywało na to, że wady będą na tyle poważne, że dojdzie do samoczynnego obumarcia dziecka.

To był cios, jakbyśmy dostali pięścią w twarz. Wyszliśmy stamtąd jak ogłuszeni. Z każdą kolejną minutą strach coraz bardziej mnie miażdżył. Nie widziałam nadziei. Nie myślałam o tym, że przecież wszechmogący Bóg jest najlepszym lekarzem. Zaczęłam z Nim walczyć. Targały mną ogromne emocje – od niedowierzania, wyparcia, że to niemożliwe, że to się nie dzieje naprawdę, po przytłaczający strach. W każdej modlitwie kłóciłam się z Bogiem, wrzeszczałam do Niego, że się na to nie zgadzałam. Mam dopiero 27 lat, jestem w pierwszej ciąży i nie mam żadnego doświadczenia w rodzicielstwie.

Ten krzyż jest zbyt ciężki! To niesprawiedliwe, że wszyscy nasi znajomi mają zdrowe dzieci, a ja mam zacząć przygodę z macierzyństwem z chorym dzieckiem. Kłóciłam się z Bogiem, a potem już tylko Go błagałam. Targowałam się z Nim. Niech znajdzie dla nas inny plan. Jeśli mamy nauczyć się pokory w życiu czy miłości, niech wymyśli coś innego. Ja mogę być chora, mogę cierpieć, może inaczej da się spłacić rachunek miłości? – modliłam się, nie rozumiejąc ogromu Bożej miłości bez żadnych warunków.

Jan Paweł II z odsieczą

Kolejne wizyty u lekarzy specjalistów. Żaden nie dawał nam ani promyka nadziei. Każdy przygotowywał nas na najgorsze. Jeden zasugerował aborcję. Odpowiedzieliśmy, że ta opcja nie wchodzi w grę. Wówczas on stwierdził, że nie zdajemy sobie sprawy z ryzyka, nie mamy pojęcia, o jakich wadach mowa. Byliśmy załamani. Szukaliśmy rady, a nie miejsca, w którym można dokonać aborcji. Równolegle toczyła się walka o nas na innym froncie. Bóg miał swój plan dla naszego życia i chciał nas przekonać, że dla Niego naprawdę nie ma nic niemożliwego.

15 sierpnia, dzień po feralnych badaniach, w uroczystość Wniebowzięcia NMP, znalazłam w domu małą broszurkę z modlitwami przez wstawiennictwo św. Jana Pawła II, którą kiedyś kupiłam, a potem o niej zapomniałam. Jestem z pokolenia lat 90. XX wieku, więc – wstyd się przyznać – nie do końca zdawałam sobie sprawę z fenomenu Jana Pawła II. Coś jednak kazało mi uczepić się go w tamtej chwili. Jeszcze w tym samym dniu rozpoczęłam nowennę do papieża Polaka o rozwiązanie trudnych spraw.

Następnego dnia Bóg podsunął mi kolejne narzędzie, żeby mnie do siebie przyciągnąć. Jakiś czas wcześniej usłyszałam o Nowennie Pompejańskiej. Gdy koleżanka opowiedziała mi, na czym polega ta modlitwa i jaki wysiłek się z nią wiąże, skwitowałam to wówczas: to nie dla mnie. Teraz, szukając jakichś informacji w internecie, natrafiłam na wzmiankę o tej nowennie. Poczułam, jakby Maryja delikatnie zapraszała mnie do głębszej relacji ze sobą. Powiedziałam o tym mężowi, a on po prostu zaczął się modlić. Dołączyłam do niego i modliliśmy się razem. Następnego dnia powiedziałam mojej mamie, że modlimy się nowenną, a ona ze łzami w oczach na to: „Nie uwierzysz, ale wczoraj ja także zaczęłam ją odmawiać w waszej intencji”. Było więc nas już troje odmawiających codziennie trzy Różańce w intencji uzdrowienia naszego dziecka.

Choć biopsja kosmówki (wykonana w ostatnim dniu nowenny do Jana Pawła II!) nie wykazała obecności jednej z trzech najpopularniejszych trisomii, lekarze nadal traktowali nasz przypadek jako bardzo poważny. Pozostawało pytanie, dlaczego wyniki pierwszych badań prenatalnych były tak złe. Podejrzewano inne wady genetyczne. Lekarze tłumaczyli, że najprawdopodobniej dziecko ma poważną wadę serca, być może złą budowę tego organu. Nie trzeba nikomu tłumaczyć, że w takich przypadkach szanse na przeżycie są znikome. Kluczowa miała być echokardiografia oraz drugie badanie prenatalne. Termin wyznaczono na 16 października o 9.30. Cały czas odmawialiśmy Nowennę Pompejańską.

Nie potrafię tego wyjaśnić

W tym czasie moi rodzice pojechali na wycieczkę na Ukrainę i tam, modląc się przed cudownym obrazem Niepokalanej Królowej Różańca Świętego w Żółkwi, mama poczuła przynaglenie do tego, żeby poprosić miejscowego księdza o odprawienie Mszy w naszej intencji. Ten po dłuższym kartkowaniu kalendarza wyznaczył termin na… 16 października o 9.00! Czyli wtedy, kiedy miały odbyć się badania prenatalne. Czy mogłam być niespokojna, wiedząc, że w tym samym czasie będzie odprawiana Msza w naszej intencji, i to u Matki Bożej Różańcowej? W dodatku był to dzień, w którym Kościół szczególnie wspomina św. Jana Pawła II.

W wyznaczonym terminie przyjechaliśmy do kliniki. Po trwającym ponad godzinę bardzo dokładnym badaniu serca dziecka oraz badaniu prenatalnym oceniającym stan organów wewnętrznych i ogólnego rozwoju naszej córeczki usłyszeliśmy z ust pani doktor: „Drodzy państwo, zanim przyjechaliście tutaj, długo wertowałam waszą teczkę, oglądałam wyniki i przygotowywałam się do tej rozmowy. Bardzo się jej bałam, wiedząc, jak młodymi rodzicami jesteście i jak poważne wady waszego dziecka prawdopodobnie wykaże to badanie. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale… wasza córka jest zdrowa. Mało tego, ma lepsze parametry niż inne dzieci na jej etapie rozwoju. Nigdy wcześniej w mojej karierze nie miałam takiego przypadku, który można chyba potraktować jako… cud”.

Urodziła się zdrowa i piękna córka. Miałam nadzieję, że poród odbędzie się siłami natury, ostatecznie lekarze zadecydowali o cesarskim cięciu. Przez cały czas byłam niezwykle spokojna, choć czułam i widziałam, że są trudności. Odmawiałam więc tylko kolejne „Zdrowaś, Maryjo”. Kiedy było po wszystkim, lekarze przyznali, że to był bardzo trudny zabieg, a na domiar złego szyja naszej Jagódki była owinięta pępowiną. Pan Bóg kolejny raz okazał swą moc, dając mądrość lekarzom, którzy uratowali nasze dziecko.

Cały czas dochodzą do nas wieści o tym, jak wiele osób modliło się za nas w tamtym czasie. Nasz przypadek uruchomił lawinę modlitwy. Wiele dziesiątek Różańca, Mszy i innych modlitw frunęło w naszej intencji do nieba. Bóg jest wierny swoim obietnicom. On był z nami od początku trudnej ciąży, aż do niełatwego rozwiązania. Jemu niech będzie chwała!•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama