107,6 FM

Zmartwychwstały i Miłosierny

Ocalenie od cierpienia, zła, grzechu i śmierci może przyjść tylko od Boga prawdziwego, który jest Panem historii i naszego życia. To zbawienie już przyszło, a nazywa się Chrystus ukrzyżowany, zmartwychwstały i miłosierny.

Można by pomyśleć, że to wizualizacja jakichś katastroficznych proroctw, a to przecież rzeczywistość – m.in. taka refleksja przyszła mi do głowy, kiedy za pośrednictwem internetu uczestniczyłem w modlitwie papieża Franciszka w piątek 27 marca. Stary, nie bez trudu stawiający kroki biskup Rzymu na pustym placu św. Piotra. Melancholijne odgłosy padającego deszczu. Chmury układające się w przedziwne kształty. I pochylony krzyż z kościoła św. Marcelego w Rzymie. Ten właśnie krzyż noszono procesyjnie ulicami Wiecznego Miasta w 1522 r., by błagać Boga o zakończenie szalejącej wówczas epidemii cholery. Dziś wiemy o chorobach dużo więcej niż ludzie w minionych wiekach. W związku z tym także Kościół inaczej reaguje na zagrożenie. Nie urządza się procesji. Co więcej, zamyka się kościoły. Ale czyż istota problemu nie pozostaje ta sama? Człowiek nie jest jak Bóg, co w raju obiecywał wąż. Od cierpienia, zła, grzechu i śmierci może nas wybawić tylko Bóg.

Czemuś Mnie opuścił?

Święty Paweł stwierdził otwarcie: „My głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów i głupstwem dla pogan” (1 Kor 1,23). Zdawał sobie sprawę, że głoszenie, iż Bóg stał się człowiekiem, umarł i zmartwychwstał w ciele, zostanie uznane za skandal, bluźnierstwo, głupotę. My już się przyzwyczailiśmy do obrazów Ukrzyżowanego i do słów, że Bóg umarł na krzyżu. Ale to być może reakcja Żydów i pogan w czasach Pawła Apostoła jest po ludzku bardziej zrozumiała. No bo jak to? Bóg, Stwórca wszystkiego, co istnieje, odwieczny i wszechmogący, umiera na krzyżu? Czyż Bóg nie powinien raczej przyjść w chwale, pokazać swą nieograniczoną moc, zapanować nad światem, przywrócić sprawiedliwość i dobro? Bóg chrześcijan, a innego nie ma, nie jest jednak wszechmogącym magikiem, który obiecał, że tych, którzy w Niego uwierzą, ominie każde nieszczęście, że będą żyli na ziemi długo i szczęśliwie.

Popatrzmy na Jezusa w Ogrójcu. Na tego, który będąc Synem Bożym, wcielonym, uniżonym, ufał Bogu Ojcu i zawsze pełnił Jego wolę. A oto widzimy, jak w obliczu nadchodzących wydarzeń odczuwa trwogę i prosi: „Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich!” (Mt 26,39). Jednocześnie Jezus potwierdza swe całkowite oddanie się Ojcu: „Niech się stanie wola Twoja!” (Mt 26,42). Ale potem na krzyżu woła: „Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Mt 27,46). I nie jest to jedynie modlitewne recytowanie Psalmu 22, ale wyraz całkowitej kenozy (uniżenia) Boga wcielonego. Czy Bóg Ojciec pozostał głuchy na te wołania? Czy chciał śmierci swego Syna? Żadną miarą! To ludzie ukrzyżowali Jezusa. Ojciec współcierpiał z Nim, by w ten sposób zniszczyć grzech, a ocalić grzesznego człowieka. Bóg, w którego wierzymy, jest wszechmocny, ale nie jest to wszechmoc abstrakcyjna, oznaczająca, że Bóg może zrobić wszystko, co zechce. On jest w swej odwiecznej istocie miłością, a zatem wszystkie Jego przymioty, w tym wszechmoc, są przymiotami miłości. To miłość Boża jest wszechmocna i dlatego zdolna do wszystkiego, by ocalić człowieka – nawet do śmierci krzyżowej. Bóg jest wszechmocny, bo jest nieskończenie wielki, ale także dlatego, że z miłości może stać się nieskończenie mały, może umrzeć na krzyżu.

Kościół jest Mistycznym Ciałem Chrystusa. Jest to Chrystus zmartwychwstały, ale także ukrzyżowany. W Apokalipsie św. Jana widzimy obraz „stojącego Baranka, jakby zabitego” (5,6). Stoi, bo zmartwychwstał, ale zarazem jest „jakby zabity”, nosi znamiona ukrzyżowania. Oznacza to, że choć Chrystus już „zwyciężył świat” (J 16,33), pełna cierpień historia nadal się toczy. Jej kres już został wyznaczony, lecz zło, Smok i jego dwie Bestie (zob. Ap 13), tym bardziej chce przeciwstawić się Stwórcy i Zbawicielowi, zniszczyć Kościół Chrystusowy i zbudować na ziemi swoje antykrólestwo. Widząc to wszystko, członkowie Kościoła niekiedy tracą ducha. Tymczasem zło, nawet jeśli potężne i rozpowszechnione, ma swoją miarę. Przyszłość należy do zmartwychwstałego Baranka.

Ja jestem zmartwych­wstaniem

Jezus Chrystus nie wytłumaczył nam za pomocą jakichś boskich sylogizmów, dlaczego istnieje cierpienie i śmierć. Co więcej, przyjął skutki grzechu i zła na siebie. A potem zmartwychwstał! I to jest Boża odpowiedź. Konsekwentnie odpowiedzią Boga na ułomność stworzenia, której doświadczamy, nie są jakieś usprawiedliwienia i poprawki, ale nowe stworzenie: „I ujrzałem niebo nowe i ziemię nową, bo pierwsze niebo i pierwsza ziemia przeminęły (…), a śmierci już odtąd nie będzie” (Ap 21,1.4).

Zmartwychwstanie Jezusa jest centralnym wydarzeniem naszej wiary. Mówiąc ściślej, nie samo zmartwychwstanie, którego nikt nie widział, choć Całun Turyński coraz bardziej wydaje się jego świadectwem, ale Zmartwychwstały, osoba Jezusa Chrystusa, który wrócił z cmentarza żywy, przemieniony, i na różne sposoby ukazujący się uczniom. Dlatego św. Paweł stwierdza dobitnie: „Jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest nasza wiara” (1 Kor 15,17). A św. Piotr buduje swoje pierwsze wystąpienie wokół zdania: „Tego właśnie Jezusa [zabitego] wskrzesił Bóg, a my wszyscy jesteśmy tego świadkami” (Dz 2,32). Wszystkie inne prawdy chrześcijaństwa, wszystkie święta liturgiczne, które kształtowały się przez wieki, znajdują fundament w Wielkiej Nocy, w świcie zmartwychwstania.

Zmartwychwstanie dotyczy oczywiście tego, co dzieje się po naszej doczesnej śmierci. Ale czy tylko? W przepięknej historii o wskrzeszeniu Łazarza Marta mówi do Mistrza z Nazaretu o swoim zmarłym bracie: „Wiem, że zmartwychwstanie w czasie zmartwychwstania w dniu ostatecznym” (J 11,24). Na co Jezus odpowiada: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem” (J 11,25). Te słowa oznaczają oczywiście, że Jezus ma moc, by dać śmiertelnemu człowiekowi życie wieczne. Ale oznaczają i to, że ten, kto wierzy w Niego, może doświadczyć zmartwychwstania już tutaj, na ziemi. Owo doświadczenie można by nazwać zmartwychwstaniem egzystencjalnym. Czyż bezgraniczne zaufanie Bogu, otrzymanie łaski przebaczenia i przebaczanie innym, wolność od spętania grzechami nie są swego rodzaju zmartwychwstaniem? Paweł Apostoł wołał: „Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz. (…) We wszystkim tym odnosimy pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował” (Rz 8,35.37). To jest właśnie zmartwychwstanie egzystencjalne. Paweł został ścięty mieczem. Szedł jednak na miejsce kaźni już jako zmartwychwstały.

Zmartwychwstanie Jezusa jest istotą naszej wiary, ale kiedy czytamy Ewangelie o spotkaniach ze Zmartwychwstałym, to nie znajdujemy w nich jakiegoś wielkiego entuzjazmu, a raczej niedowierzanie, zmieszanie, a nawet lęk. Uczniowie nie wiedzą, co robić z tą wieścią. Nie wiedzą, co powiedzieć i co myśleć, kiedy ich Mistrz staje pośród nich. Co mają teraz zrobić? Czyżby znowu mieli chodzić z Jezusem po wsiach i miastach? Po co? Wszystko zmienia się wraz z zesłaniem Ducha Świętego, którego Jezus im obiecał. Wcześniej zalęknieni, zamknięci w Wieczerniku, teraz wychodzą ku wszystkim, idą na cały świat. Apostoł Piotr głosi: „Niech każdy z was ochrzci się w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a weźmiecie w darze Ducha Świętego”. Bez światła Trzeciej Osoby Boskiej zmartwychwstanie pozostaje informacją, z którą nie wiemy, co począć. Wydaje się, że dziś zachowujemy się niejednokrotnie tak, jakbyśmy usłyszeli o zmartwychwstaniu, ale nie otrzymali jeszcze Ducha. Dlatego jesteśmy letni, nieprzekonani i nieprzekonywający… Inni niż na przykład siostra Faustyna, która była przekonana – i przekonała wielu.

Zmartwych­wstanie pieczęcią miłosierdzia

Wspominam często pewną znajomą, która podczas śniadania wielkanocnego w gronie rodzinnym wygłosiła taką mniej więcej refleksję: „Jestem kobietą łagodną. Ale gdyby ktoś chciał skrzywdzić moje jedyne dziecko, to byłabym zdolna walczyć jak lwica. Być może byłabym zdolna nawet zabić, by ocalić moje dziecko. I teraz patrzę na Boga Ojca, który posłał do ludzi swojego jedynego Syna, a ci Go zabili. Czy Bóg Ojciec wyniszczył oprawców? Nie! Odpowiedzią Ojca było zmartwychwstanie Syna. I nie tylko to! Bóg przebaczył, wezwał do nawrócenia i zaoferował grzesznikom, czyli nam, zmartwychwstanie na życie wieczne”. Właśnie! I to jest najwyższy wyraz Bożego miłosierdzia. Kontemplując zmartwychwstanie Jezusa i obietnicę zmartwychwstania, kontemplujemy Boże miłosierdzie.

Biblia ukazuje na różne sposoby miłosierdzie Boga. Ale prawda ta musi być ciągle przypominana, głoszona na nowo. W XX wieku sam Jezus nam ją przypomniał, objawiając się siostrze Faustynie Kowalskiej. Świadectwo tych objawień znajdujemy w jej „Dzienniczku”. Jednym z elementów kultu Miłosierdzia jest, obok m.in. koronki i obrazu „Jezu, ufam Tobie”, Niedziela Miłosierdzia. Jezus powiedział do Faustyny: „Pragnę, aby było Miłosierdzia święto. Chcę, aby ten obraz, który wymalujesz pędzlem, był uroczyście poświęcony w pierwszą niedzielę po Wielkanocy, ta niedziela ma być świętem Miłosierdzia” („Dzienniczek”, nr 49). Tak też się stało. Ale dlaczego właśnie w II niedzielę wielkanocną? Odpowiedź możemy znaleźć w dekrecie Kongregacji Kultu Bożego z 1995 r., który zezwala, by w Kościele w Polsce traktować tę właśnie niedzielę jako niedzielę Miłosierdzia Bożego. Czytamy w nim m.in., że nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego „jakby ze swej istoty kieruje się do Boga i Pana, który »bogaty w miłosierdzie« winien być wysławiany szczególnie w Misterium Paschalnym, gdzie Miłosierdzie Boże najdoskonalej uwidacznia się wobec wszystkich ludzi”. W Misterium Paschalnym, czyli w męce, śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa.

Miłosierdzie nie jest jednak, jak wielu dziś sądzi, pobłażaniem, uśmiechaniem i poklepywaniem po plecach. Jezus jest miłosierdziem wcielonym, ale w Ewangelii widzimy Go niekiedy zagniewanego, ostro sprzeczającego się ze swoimi oponentami. Wyobraźmy sobie matkę, która kocha syna, ale widzi, jak niszczy on swoje życie, pogrążając się w złu i grzechu. W takiej sytuacji matczyna miłość wyraża się m.in. przez gniew. Matka chce wstrząsnąć dzieckiem, by się opamiętało, zawróciło ze złej drogi. Jej gniew jest świętym gniewem miłości. I nic w tym dziwnego, skoro ukochane dziecko zmierza ku zagładzie. Dziś niektórzy chcieliby wyrzucić nauczanie o gniewie Bożym do lamusa. A to nauczanie trzeba oczyszczać i pogłębiać, ale nie wolno go odrzucać. Jego istotą jest bowiem to, że grzech naprawdę sprowadza śmierć. Gdyby tak nie było, to Bóg nie umarłby na krzyżu. Dlatego Boży gniew jest przymiotem Jego miłosiernej miłości. Bóg „gniewa się” tylko po to, byśmy przyjęli Jego łaskę, przebaczenie grzechów, odkupienie i uświęcenie na życie wieczne. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama