107,6 FM

Na pierwszej linii frontu

– Pomoc materialna jest potrzebna, bo sprawia, że kobiety nie muszą się martwić tym wycinkiem rzeczywistości, ale to nie rozwiązuje problemów. Chodzi głównie o długofalową, cierpliwą pracę z emocjami i odwracanie złych schematów – mówi Magdalena Laryś, szefowa Fundacji Bezcenni.

Magdalena Dobrzyniak: Kim jest Hania?

Magdalena Laryś: To nasze pierwsze dziecko uratowane przed aborcją, nasza perełka. Wojciech, mój mąż, jest jej ojcem chrzestnym. Gdy się urodziła, czułam trudną do opisania radość, trochę jakby urodziło się moje dziecko. Jak poznaliście mamę Hani? Moja znajoma z Domowego Kościoła spotkała ją przed jednym z domów pomocy społecznej, zapłakaną. Zapytała, czy może w czymś pomóc. Ewelina była roztrzęsiona, w desperacji. Bo kto opowiada obcej osobie o tym, że życie się sypie, o wplątaniu w romans, o tym, że w drodze jest piąte dziecko, które zamierza zabić? Ważne jest, by takiej kobiecie dać najpierw wsparcie, wysłuchać. Kobiety w tym stanie nie powinno się przekonywać, żeby nie dokonywała aborcji, bo efekt będzie przeciwny. Ta moja znajoma po prostu dała Joannie mój numer telefonu.

Zadzwoniła od razu?

Przeżywałam chwile niepewności, bo kontakt był jednostronny – ona miała mój numer telefonu, ja nie znałam jej numeru. Poprosiłam diakonię modlitwy, żeby modliła się za nią i za jej dziecko. Ta modlitwa naprawdę działa cuda. Asia zadzwoniła po dwóch dniach. Miała ogromne długi i była przekonana, że pomogę jej z nich się wykaraskać. Nie wyprowadzałam jej z błędu. Umówiłyśmy się na kawę.

Co u niej dziś słychać?

Zmienia swoje życie. Urządza dom, były chrzciny, komunia najstarszego dziecka. Odcięła się od męża alkoholika. Staje na nogi i uczy się być matką.

Dopiero teraz? Przecież Hania to jej piąte dziecko!

Z jej narodzinami rozpoczęła się nasza długofalowa praca. Staramy się tym dziewczynom przywracać godność, z której zostały odarte. Próbujemy odwrócić schematy, które przyswoiły w domach, mechanizmy współuzależnienia. One często pochodzą z trudnych środowisk, są poranione i nie potrafią być mamami, bo nikt ich tego nie nauczył. Nie potrafią cieszyć się swoim macierzyństwem. Bardzo chcą, robią wszystko, co w ich mocy, ale nie udaje im się, bo ciągle szukają miłości. Takiego głodu nie zaspokoi żaden mężczyzna, dlatego każdy ich związek kończy się głęboką pustką. Mam cudownego męża, ale ja też przechodziłam kryzys małżeński, bo nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego on nie daje mi tego, czego od niego oczekuję. Gdybym tego nie odniosła do Pana Boga i nie zrozumiała – już jako dorosła kobieta, żona i matka – że on mi nie może dać tego, co potrzebuję, bo jest tylko człowiekiem, moje małżeństwo pewnie by się rozpadło. Kobiety, którym pomagamy, nie wiedzą, dlaczego im nie wychodzi. Nie czują się kochane i to jest źródłem ich problemów.

Można im pomóc skutecznie?

Staramy się. Ich dzieci mają często deficyty uwagi, bo matki ciągle rozwiązują swoje problemy. Próbujemy to odwracać, one ciągle się tego uczą, ale to wymaga czasu. Zanim nowe zachowania wejdą im w krew, to trwa. Nie wolno krzyczeć na dzieci, nie wolno ich przeganiać, odtrącać, ale tego w jeden dzień się nie zmieni. Uczymy nasze podopieczne, jak mają sobie w życiu radzić z codziennymi obowiązkami. Sprzątamy z nimi, robimy budżet, ustalamy priorytety. Pomoc materialna jest potrzebna, bo sprawia, że one nie muszą się martwić tym wycinkiem rzeczywistości, ale to nie rozwiązuje problemu. Pomoc polega na długofalowej, cierpliwej pracy z emocjami. Ale widać efekty. Kobiety odzyskują wiarę w siebie. Kończą studia. Odkrywają, że dobro wraca. Gdy ktoś im pomoże, one też chcą pomagać.

Ilu dziewczynom pomagacie?

Mamy 13 podopiecznych i ich 37 dzieci. Obejmujemy opieką przede wszystkim kobiety, które myślą o aborcji, aby nie musiały posuwać się do tak tragicznych rozwiązań. Pomagamy również ofiarom przemocy oraz rodzinom w trudnej sytuacji materialnej. Dbamy o to, by matki godnie przeżywały swoje macierzyństwo. Nawiązaliśmy współpracę z Domem Małego Dziecka, który znajduje się na terenie zakładu karnego w Grudziądzu. Tam przebywają dzieci osadzonych do lat trzech. Ich mamy nie są w stanie zapewnić im tego, z czym wchodzą w życie dzieci urodzone na wolności. Kobiety, które do nas trafiają, mogą liczyć na zindywidualizowaną pomoc, dopasowaną do ich sytuacji. Zapewniamy pomoc prawną, psychologiczną, duchową, a także wsparcie materialne. Najważniejsze jednak jest to, że kobiety w różnych dramatycznych sytuacjach mogą u nas doświadczyć, że każda z nich jest bezcenna i ma godność Bożego dziecka.

Jak w ogóle rozpoczęła się historia Bezcennych?

Pracowałam jako logopeda w przedszkolu i wciąż trafiały do mnie osoby, które opowiadały historie o trudnych losach różnych kobiet. Pytałam Pana Boga, o co chodzi, dlaczego one do mnie trafiają. Nie mogłam przejść obok nich obojętnie, choć pracowałam, była trójka dzieci, zmęczenie. Skrzykiwaliśmy się spontanicznie, by pomóc potrzebującym kobietom, ale to zaczęło się rozrastać. Kiedy jakaś kobieta wymaga pomocy, wspieram się przyjaciółmi z Domowego Kościoła i parafii. Do czasu uruchomienia magazynu dary – pieluchy, mleko, kosmetyki i inne rzeczy potrzebne młodym mamom – trafiały do nas, do mieszkania. W końcu okazało się, że mieszkanie jest za małe, by robić w nim magazyn. Trzeba było zalegalizować działalność. W sanktuarium Matki Bożej w Kirach pytałam Boga, co mam robić. Bałam się pracy w prolajfie, bo wiedziałam, że to zaangażowanie na pierwszej linii frontu. Przede mną na ławce leżała ulotka o adopcji dziecka nienarodzonego. Postanowiłam ją podjąć i od wakacji modliłam się za nienarodzone dziecko, a w grudniu już byliśmy pewni, że zaczniemy pomagać systemowo, choć jeszcze nie wiedzieliśmy jak. Zadzwoniliśmy do ks. Tomasza Kancelarczyka z Fundacji Małych Stópek. Powiedzieliśmy mu, że mamy pragnienie, ale nie mamy pieniędzy, warunków, żadnej bazy. Odwiedził nas i stwierdził, że skoro Bóg nas przynagla, to trzeba Mu odpowiedzieć. Podzieliłam się z nim moim lękiem, a on mi na to, że każdy się boi. To nas przekonało i uspokoiło. Przed świętami poprosiliśmy Domowy Kościół o pomoc, w kwietniu dostaliśmy osobowość prawną.

Obawy zniknęły?

Przyjechała kiedyś do nas moja mama. Opowiedziałam jej o fundacji. Ona jest emerytowaną położną. Ze łzami w oczach wyznała mi wtedy, że miałam być abortowana. Wcześniej, przede mną, kilka razy poroniła i lekarze uznali, że ta ciąża jest dla niej zbyt niebezpieczna. W 8. tygodniu, kiedy zaczęły się problemy, trafiła do szpitala. Następnego dnia był zaplanowany zabieg, ale ona wieczorem postanowiła opuścić szpital. Leżała ze mną całą ciążę i modliła się Różańcem. Zrozumiałam wtedy, że urodziłam się po coś, że mam tutaj coś do zrobienia. Nie wymyśliliśmy fundacji sami, Pan Bóg nas prowadzi. Zupełnie zmieniliśmy swoje życie.

Dlaczego Bezcenni?

Nazwa pojawiła się niespodziewanie. Jechaliśmy do jednej z naszych podopiecznych pod Nowy Sącz i odmawialiśmy Różaniec. Na modlitwie szukaliśmy właściwego słowa i wtedy przyszło mi do głowy: bezcenni. Mój mąż uważał, że to źle się wymawia, ale ja mu powiedziałam, że Maryja jest lepszym marketingowcem. Bezcenni, bo życie jest bezcenne, bo dzieci są bezcennym darem.

Czuła Pani kiedyś bezsilność?

Pierwsze miesiące w fundacji dały mi w kość, bo myślałam, że jestem do tego emocjonalnie przygotowana, a okazało się, że rzeczywistość mnie przerosła. Mam podopieczną w głębokiej depresji, dwoje dzieci, mąż pracuje za granicą, jest alkoholikiem, który stosuje przemoc. Dziewczyna trafiła do nas z telefonu zaufania, bo zgłaszała, że się zabije. Trzy razy miałam dla niej przygotowane miejsce w ośrodku dla ofiar przemocy i ona trzy razy z tego zrezygnowała. Jak mam jej pomóc, skoro ona nie potrafi podjąć decyzji? Którejś nocy koleżanka do mnie zadzwoniła, żeby natychmiast podać adres Agnieszki, bo zgłosiła, że odbiera sobie życie. Podałam ten adres i całą noc czekałam, modliłam się na Różańcu. Wezwana była karetka, policja. Powiadomiłyśmy służby, ale nie jesteśmy rodziną, więc nikt nam nie powiedział, jak się to skończyło. Agnieszka po dwóch dniach napisała, że u niej wszystko w porządku. Właśnie wtedy powiedziałam: „Ogłaszam moją bezsilność. Panie Boże, moje ręce tak daleko nie sięgają, tylko Ty możesz pomóc”. Codziennie rano modlę się w ten sposób. Bogu powierzam wszystkich, siebie, rodzinę, dziewczyny, ich dzieci, darczyńców, wolontariuszy. Ta bezsilność jest po ludzku ze mną zawsze, ale oddaję ją Bogu. Odkąd uświadomiłam sobie, że to nie moje dzieło, ale Boga samego, odpuściłam. Mam poza tym jeszcze przyjaciela. Sługa Boży Wenanty Katarzyniec jest patronem naszej fundacji. Pomaga zawsze, gdy o to poproszę. Obiecałam mu, że opowiem o jego ostatniej interwencji. Prosiłam go o wsparcie w zdobyciu pieniędzy na magazyn, bo utrzymujemy się tylko z darowizn. Jeszcze nie skończyliśmy z mężem pierwszego dnia nowenny do niego, gdy okazało się, że koleżanka z Warszawy chciała odwdzięczyć się Matce Bożej za pracę i postanowiła wpłacać pieniądze na naszą fundację.

A czego potrzebujecie od ludzi?

Modlitwy, bo ona działa cuda. Trzeba nam wolontariuszy, ludzi o wielkich sercach. W fundacji działają młode dziewczyny, ale nie mogę ich wysłać do podopiecznych. One mogą pomóc w kompletowaniu paczek. Szukamy ludzi ukształtowanych duchowo i emocjonalnie, dojrzałych, otwartych na życie. Potrzebujemy też zaplecza finansowego.

magdalena.dobrzyniak@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama