107,6 FM

Jak ks. Jerzy trafił do huty

Mija 40 lat od pierwszej Mszy św. w Hucie Warszawa, odprawionej przez ks. Jerzego Popiełuszkę. To od tego momentu zaczęła się jego wielka przygoda ze światem pracy i przyjaźń z hutnikami.

Była niedziela 31 sierpnia 1980 roku. Trzeci dzień strajku w Hucie Warszawa. Robotnicy pragnęli wziąć udział we Mszy św., dlatego od rana szukali księdza, który mógłby ją odprawić. Jedna grupa hutników jeździła po warszawskich kościołach, druga zaś w tym samym czasie udała się do prymasa Wyszyńskiego, który znalezienie duchownego od razu powierzył swemu kapelanowi, ks. Bronisławowi Piaseckiemu (w lipcu br. zmarł na koronawirusa). Pamiętam, jak opowiadał mi on, że nie miał wtedy żadnego planu, po prostu wsiadł do samochodu i zaczął się kierować w stronę huty. Zatrzymał się przed usytuowanym po drodze kościołem św. Stanisława Kostki i tam, wydawałoby się przypadkowo, spotkał młodego, sympatycznego księdza, który akurat skończył dyżur w konfesjonale i powiedział, że chętnie uda się do huty. Był to Jerzy Popiełuszko.

Unikatowe zdjęcia ze strajków znajdziesz w serwisie "Twarze Solidarności".

Kluczowe było, że z nimi pozostał

Okazało się, że kiedy ks. Jerzy przybył na miejsce, Mszę św. odprawiał już inny kapłan, Lucjan Kołodziej, natomiast drugi ksiądz, Stanisław Ciąpała, spowiadał. Byli to wikariusze z pobliskiej parafii. Sprowadzili ich hutnicy, nie wiedząc, że prymas poprosił swego kapelana, by kogoś znalazł. Stąd 31 sierpnia przed południem w Hucie Warszawa znalazło się aż trzech kapłanów.

Historia ta ma dalszy ciąg. O godz. 14 kończyła się pierwsza zmiana. Grupa hutników, która przybyła do pracy (a faktycznie na strajk) na drugą zmianę, też chciała wziąć udział we Mszy św. I właśnie tę drugą Eucharystię, po południu, odprawił już ks. Popiełuszko. Przy prowizorycznym ołtarzu wzniesionym z desek. Rolę konfesjonału pełniły zaś skrzynki fabryczne. Co więcej, jeszcze tego samego dnia wieczorem celebrował kolejną Mszę: dla tych, którzy nie mogli uczestniczyć w porannej. Wśród hutników gościł więc ostatecznie około ośmiu godzin. Ujął ich tym, że tak chętnie nawiązał z nimi kontakt, zaczął rozmawiać, zadawał pytania, interesował się losem ich rodzin. Nic więc dziwnego, że kiedy miał już opuszczać teren huty, robotnicy poprosili, aby przybył ponownie.

– Kluczowe było to, że ks. Popiełuszko pozostał wtedy z hutnikami – tłumaczył ks. Bronisław Piasecki. Polecenie prymasa Wyszyńskiego było bowiem jasne: miał odprawić strajkującym tylko jedną Mszę św., by następnie wrócić do swoich zajęć. On jednak na tej jednej Mszy nie poprzestał. W ten sposób zaczęła się wielka duchowa przygoda ks. Jerzego ze światem ludzi pracy. A zarazem kolejny rozdział jego życia. Ostatni.

Twarde chłopy na asfalcie

W jaki sposób wspominał tę pierwszą Mszę w hucie sam ks. Popiełuszko? Otwarcie przyznawał, że początkowo się bał. „Szedłem z ogromną tremą. Już sama sytuacja była zupełnie nowa” – mówił w wywiadzie. Nie wiedział, jak zostanie przyjęty. Tym bardziej że okoliczności były nietypowe, a w dotychczasowej historii robotnicze strajki i rewolucje odbywały się przecież bez Kościoła, a niekiedy nawet przeciw niemu.

Postawa hutników wywarła na ks. Jerzym ogromne wrażenie: „Trzeba było słyszeć te męskie głosy, które niejednokrotnie przemawiały niewyszukanymi słówkami, a teraz z namaszczeniem czytały święte teksty. Była jeszcze spowiedź. Siedziałem na krześle, plecami niemal opierając się o jakieś żelastwa, a te twarde chłopy w usmarowanych kombinezonach klękały na asfalcie zrudziałym od smarów i rdzy. Wielu z nich właśnie w tym dniu po raz pierwszy od lat przystąpiło tam do spowiedzi”.

Relacje ks. Jerzego z hutnikami z dnia na dzień pogłębiały się. Robotnicy zaczęli organizować struktury Solidarności na terenie huty i projektowali sztandar Związku. Spotykali się w baraku, w którym była jego siedziba, trwały narady. Ksiądz Jerzy też tam bywał. Jerzy Szóstko, jeden z hutników, ułatwiał mu wejście. Gdy kończyła się pierwsza zmiana, o czternastej, naraz przez główną bramę wychodziło kilkaset osób, a drugie tyle wchodziło. W ten tłum wtapiał się wtedy Popiełuszko, ubrany w garnitur, bez koloratki, i przemykał tak, aby nie dostrzegli go uzbrojony wartownik ani tajniacy, którzy kręcili się w pobliżu. Tylko w ten sposób mógł się dostać do środka.

– Ważne było dla nas, że ks. Jerzy cały czas nas wspierał, że przebywał z nami w hucie nawet kilka razy w tygodniu – mówili hutnicy. Ksiądz Popiełuszko zaś przyznawał: „Ci ludzie zrozumieli, że są mocni właśnie w jedności z Bogiem, z Kościołem, i wtedy zrodziła się potrzeba pozostania z nimi”.

– Dotarł do naszych serc i związał się z nami. Przemawiała przez niego autentyczna miłość do ludzi – wspomina Karol Szadurski, ówczesny przewodniczący Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność”. Opowiada, że ks. Jerzy umiał być kolegą i przyjacielem, ale pozostawał przede wszystkim duszpasterzem. Dobro duchowe było dla niego najistotniejsze. Chociaż nie głosił wykładów, nie prawił morałów, jego wiara była widoczna. Przejawiała się w tym, co mówił i jak się zachowywał. Dzięki takiej jego postawie hutnicy się nawracali. – Miał w sobie jakąś charyzmę: niezwykle szybko zaczęła się lawina chrztów, ślubów, duchowych przemian – wspominają dziś hutnicy. Po spotkaniu z ks. Jerzym czuli się umocnieni. I zbliżali się do Kościoła. Doprowadził wtedy bardzo wielu do wiary. Z tego też najbardziej się cieszył: „Nigdy przedtem nie słuchałem takich spowiedzi. Nigdy przedtem nie ochrzciłem tylu dorosłych ludzi. To wspaniałe uczucie, kiedy chrzci się trzydziestoletniego człowieka, który nigdy przedtem nie słyszał o Bogu. Nie ma teraz tygodnia bez takiego chrztu. Już nie potrafię zamknąć swojego kapłaństwa w kościele. Będę wśród swoich robotników, dopóki tylko będę mógł”.

Uniwersytet robotniczy

Wkrótce stworzył się nowy rytuał: w ciągu tygodnia ks. Jerzy spotykał się z robotnikami na terenie Huty Warszawa, a w niedziele zapraszał ich na Msze św. do kościoła. Hutnicy przybywali chętnie i tłumnie. Karol Szadurski: – Tradycją stało się też, że po Mszy Jerzy zapraszał nas do siebie do domu. To było dla nas zaskoczenie. Dotąd żaden ksiądz nie zaopiekował się w ten sposób hutnikami. Chyba żaden nie otworzył się tak bardzo na świat robotniczy. Były to spotkania całych rodzin. Hutnicy przyprowadzali ze sobą żony i dzieci. Niekiedy ktoś przynosił domowe ciasto, ks. Jerzy zaś częstował wszystkich herbatą (która była wtedy luksusem!).

Wkrótce ks. Jerzy podjął kolejną inicjatywę: zorganizował dla robotników wykłady z nauki społecznej Kościoła oraz z historii Polski. Spotkania odbywały się przy parafii św. Stanisława Kostki. Prelegenci przybywali z wykładami. – Było to coś w rodzaju uniwersytetu robotniczego – opowiada Anna Gręziak. Czasami i ona brała w udział w spotkaniach, tak jak wielu innych ludzi spoza środowiska robotniczego. Tym samym potwierdzała się prawda, że ks. Popiełuszko na spotkania jednej grupy zawodowej zapraszał również przedstawicieli innej. Łączył w ten sposób różne środowiska.

Rozumiał hutników

Hutnicy pozostali z ks. Jerzym do końca. To właśnie oni wykazywali ogromną troskę, gdy ten był prześladowany przez Służbę Bezpieczeństwa, śledzony, inwigilowany. Natomiast po próbie zamachu na życie księdza i podrzuceniu mu do pokoju cegły z materiałem wybuchowym, zorganizowali przed plebanią całodobowe dyżury i pełnili straż. Wreszcie po kolejnych atakach, oszczerczych artykułach w prasie, uwięzieniu i nagonce na księdza, to hutnicy w 1984 roku wpadli na pomysł, by ks. Jerzy opuścił Polskę i w ten sposób ocalił swoje życie. Udali się nawet z taką propozycją do prymasa Glempa, prosząc, by jako przełożony Popiełuszki zgodził się na jego tymczasowy wyjazd. Prymas rzeczywiście na to przystał. Ale postawił jeden warunek: że nie stanie się to wbrew woli ks. Jerzego.

Kardynał Glemp tak mi o tym opowiadał, kiedy przygotowywałam biografię kapłana męczennika: „Czteroosobowa delegacja hutników przyszła do mnie w 1984 roku i prosiła, bym wysłał ks. Popiełuszkę w inne miejsce, na inną parafię lub na studia do Rzymu. Powiedziałem im, że jest to możliwe i do Rzymu mogę go skierować. Chciałem jednak, by ks. Popiełuszko sam mnie o to poprosił, by nie czynić tego wbrew jego woli”. Tymczasem ks. Jerzy o niczym nie wiedział, swój plan hutnicy realizowali poza nim. Stąd czuł się zaskoczony, gdy wkrótce prymas zaproponował mu rozpoczęcie studiów w Rzymie, oferując nawet pomoc w załatwieniu mieszkania oraz stypendium naukowego. Ksiądz Popiełuszko nie miał pojęcia, że jest to inicjatywa hutników, i odebrał to jako chęć uciszenia go przez kard. Glempa. Pomysł wyraźnie mu się nie spodobał. Nie chciał opuszczać Polski, nawet gdyby miała to być gwarancja ocalenia życia. Prosił prymasa, by pozwolił mu pozostać w żoliborskiej parafii, tłumaczył, że nie może zdradzić ludzi, którzy na niego liczą.

Gdy później ks. Jerzy dowiedział się od hutników, że była to ich inicjatywa, bardzo się na nich oburzył. – Ale szybko mu przeszło. Rozumiał, że chcieliśmy go za wszelką cenę ratować – uśmiecha się Karol Szadurski z Huty Warszawa. To właśnie on 19 października 1984 roku miał jechać do Bydgoszczy z ks. Popiełuszką jako jego kierowca. W ostatniej chwili zamienił się z Waldemarem Chrostowskim.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama