107,6 FM

Pijamy kawę jak Włosi

O małżeństwie, pracy dziennikarza w Watykanie i najlepszej włoskiej oliwie opowiadają Urszula i Witold Rzepczakowie.

Beata Zajączkowska: Iranistka i historyk, którzy żyją pasją podróżowania… Mogę tak Was przedstawić?

Urszula Rzepczak: O, tak! Poznaliśmy się właśnie w podróży, choć biorąc pod uwagę dzisiejsze możliwości przemieszczania się i miejsca, do których z taką łatwością ludzie docierają, niedalekiej podróży. Oboje pochodzimy z Warszawy, a poznaliśmy się w Szczawnicy.

Witold Rzepczak: To był Nowy Targ. W Szczawnicy nasza znajomość się rozwinęła. A potem wspólne studia: ja Wydział Historyczny UW, a Ula Wydział Neofilologii, gdzie zgłębiała perski i bogatą kulturę Iranu i Afganistanu.

Jesteście małżeństwem z 35-letnim stażem, które z mikrofonem i kamerą idzie przez życie. To oznacza bycie ze sobą 24 godziny na dobę. Dla wielu to ogromny ciężar…

U.R.: Kiedy słyszę, że ludzie cierpią z powodu epidemii koronawirusa, bo muszą być razem przez cały dzień, nie potrafię zrozumieć, w czym problem. Uwielbiam być z Witkiem, mimo wielu naszych „twórczych” sprzeczek. Z pomocą Witka i z jego wsparciem osiągnęłam sukces zawodowy. Ale w związku trzeba też dawać coś od siebie. Pamiętam rady starszej już mocno sąsiadki – niby staroświeckie, ale jakże uniwersalne. Między innymi taką, że żona ma starać się zawsze dbać o siebie, ale i o męża, a mąż ma dbać o żonę. Zewnętrznie i duchowo. Nie wyobrażam sobie dziś życia bez prawdziwego przyjaciela u boku.

W.R.: Myślę, że jesteśmy dobrze funkcjonującym zespołem, w którym istnieje podział zadań. Żeby ktoś zerwał owoc z jabłoni, ktoś inny musi mu przystawić drabinę. Dla nas, a wynieśliśmy to oboje z domów rodzinnych, najważniejsza jest właśnie rodzina: rodzice, dziadkowie, dzieci i wnuki. Sami już mamy dwoje wspaniałych wnuków: 7-letniego Jasia i niespełna roczną Basię.

15 lat temu przyjechaliście do Rzymu, by relacjonować pogrzeb Jana Pawła II i… zostaliście. Trudno było przyzwyczaić się do życia we Włoszech?

W.R.: Najpierw przyjechała Ula, jako członek wielkiej ekipy telewizyjnej. Potem dostała propozycję objęcia placówki korespondenckiej w Rzymie. Praca w Watykanie budzi zupełnie inne emocje niż sytuacja, kiedy trafia się tu jako pielgrzym. Dominują zadaniowość, napięcie i wieczny pośpiech, żeby zdążyć na czas z nagranym materiałem. Kiedy wchodzisz z kamerą do biblioteki papieskiej i masz kilkadziesiąt sekund na nagranie jak największej liczby jak najpiękniejszych ujęć, to nawet nie widzisz papieża, tylko ważny obiekt w wizjerze. W dodatku warunki są tam wyjątkowo trudne: wszystko „pod światło”. A po chwili elegancko cię wyrzucają, mówiąc: „Grazie, andiamo!” (Dziękujemy, idziemy!). Technologia przez 15 lat tak bardzo się zmieniła, że na przykład „ogrywając” szopkę czy choinkę w Watykanie, mogę wziąć małą, doskonałej jakości kamerkę i być tam jednocześnie jako operator i jako osoba prywatna. Wówczas jest chwila na emocje.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama